WYWIADY ze znanymi tancerzami


Kategoria seniorek.

Refleksje nad konkursowym belly dance i nie tylko…

Moim zdaniem kategoria seniorów w rosyjskim belly dance stała się obecnie jedną z najciekawszych i najpopularniejszych na każdym konkursie. Seniorki są rozpoznawalne, wiele się od nich oczekuje… Są lubiane. I mam nadzieję, że w naszej mocy jest spełnić te oczekiwania, nie rozczarować widza, być przykładem godnego doroślenia, pięknej dojrzałości. Jednym słowem, wszystkiego tego, co zawieramy w pojęciu prawdziwej kobiety. A być uważaną za prawdziwą kobietę, to znacznie większy zaszczyt, niż po prostu być uważaną za piękną. Jak to jest — być kobietą, może i daleką od doskonałości, ale taką, którą po prostu nie można się nie zachwycać? W moim rozumieniu, to przede wszystkim osobowość, złożona z takich cech, jak:
– urok,
– kobieca mądrość — coś nieco bardziej subtelnego i wyrafinowanego niż prostolinijny męski rozum. To zdolność do przewidywania skutków swoich kobiecych postępków na długo naprzód, do niewzruszonego dążenia do swoich celów, do pozytywnego podejścia do całego świata, i bez względu na różnorodne doświadczenia życiowe – do umiejętności zachowania nieposzlakowanej reputacji;
– wrodzone zdolności artystyczne, pozwalające bez trudu wpisać się w każde towarzystwo;
– znakomity gust i poczucie umiaru —to znaczy umiejętność wyglądania efektownie w każdych warunkach, przyciągania spojrzeń wyłącznie do swoich zalet i umiejętne maskowanie wad, lub, jeszcze lepiej, do zamieniania ich w pikantne atuty;
– niestandardowość, wyrażająca się zarówno w umiejętności noszenia ekstrawaganckich rzeczy, jak i w zdolności do oryginalnego myślenia;
– umiejętność przyciągania uwagi w każdym środowisku, nie tylko swoim wyglądem zewnętrznym, ale i błyskotliwymi replikami wypowiadanymi w stosownych momentach i w języku tego właśnie środowiska;
– pełna świadomość przynależności do swojej płci i ciągła gotowość aktywnego wyrażania tego całą swoją kobiecością — przy pomocy kokieterii, przebiegłości, kaprysów, uroczego udawania, zręcznie wyrażanej bezradności lub oszołamiającej presji;
– poczucie humoru, od razu przekonujące do niej ludzi bez względu na ich płeć, wiek czy stopień wykształcenia i nierzadko pomagające obrócić w żart przyczynę pogorszenia relacji;
I wszystko to — lekkie, z całej duszy i pełne szczerego entuzjazmu.

Do czego ja dążę?
 A do tego, że wszystkie wymienione cechy składają się właśnie na to, co seniorki pragną wyrazić w swoim tańcu. Sami chyba się zgodzicie – młodej dziewczynie wystarczy, że ma ładną cerę, zadbane włosy i harmonijną figurę, by mogła zwracać na siebie uwagę. A jeśli do tego będzie potrafiła się ładnie uśmiechać, to w zupełności może sobie nie zawracać głowy głębią swoich wypowiedzi i postępków. Wielbicieli i tak będzie miała na pęczki. Tak samo jest w tańcu: konkursantce w kategorii „Dorośli” te cechy w pełni wystarczą, żeby przynajmniej było przyjemnie ją oglądać. Seniorka to inna sprawa. Nie mam tu na uwadze młodych kobiet po trzydziestce, które przeszły do seniorów z „Dorosłych”, czy nawet „Profesjonalistów” po wielu latach aktywnego tańczenia. Chodzi mi o kobiety,które przyszły do belly dance już w bynajmniej niemłodym wieku, plus-minus 40 lat, przy czym często bardzo plus, bo mam na uwadze też granseniorki, a to są już tancerki po pięćdziesiątce, a nawet sześćdziesiątce. Tak więc te damy, dojrzawszy do uczestnictwa w konkursie, zazwyczaj wyróżniają się wyjątkowym, wszechogarniającym pragnieniem tańca. Są gotowe zajmować się nauką dzień i noc, interesują je rozmowy tylko o tańcu i gdyby ich limit czasu, pieniędzy i zdrowia był nieograniczony – uwierzcie, nie przepuściłyby żadnej imprezy związanej z tańcem… To jest zupełnie zrozumiałe. W takim wieku większość ma już ustabilizowaną sytuację rodzinną, odchowane dzieci i określone zasoby materialne. I wtedy pojawia się możliwość, by odetchnąć i zastanowić się – dokąd ja biegnę? Tak, jestem żoną, jestem matką, jestem dobrym pracownikiem… Ale kim jestem JA sama? Dla siebie? Kim jestem, jako osobowość? I wtedy stajemy przed wyborem – albo płynąć z prądem, pokornie przyjmując zbliżający się nieuchronnie zmierzch naszej kobiecej historii, albo jeszcze powalczyć, próbując pozostać prawdziwą kobietą. Na początek przynajmniej we własnych oczach… na przykład zaczynając tańczyć belly dance 🙂 Niestety, zachowanie młodzieńczej świeżości w wyglądzie zewnętrznym udaje się, oczywiście, niewielu. Zazwyczaj mowa tu o damach już lekko przygniecionych ciężarem przeżytych lat, które pozostawiły na ich wyglądzie swoje niezbyt subtelne ślady. Modne diety i warstwa makijażu już nie zawsze ratują sytuację… Ale jeśli taka dama zdecyduje się na zmiany, to naprawdę ma wszelkie szanse zostać interesującą tancerką, przyciągającą do siebie uwagę nie mniej, niż zdolna młoda dama.

Co mamy?
 Wśród naszych zasobów jest duże doświadczenie życiowe, które podobnie jak przy przekształcaniu wad w atuty, okaże się bardzo przydatne. Dzięki temu doświadczeniu nauczyłyśmy się już pięknie podawać swą własną czekoladę – mleczną, puszystą, gorzką, białą, słoną, gorącą… z owocami, z orzeszkami… Różną. W zależności od nastroju, ale zawsze – pyszną. I dlatego właśnie o wiele łatwiej nam uczynić nasz taniec interesującym, niż niedoświadczonym dziewczętom, którym póki co trudny kobiecy los oszczędził razów . Poza tym przez całe nasze życie starałyśmy się rozwijać w sobie dobry gust i poczucie umiaru, które teraz staną się naszymi najlepszymi sprzymierzeńcami w doborze pasującego utworu muzycznego i odpowiedniego kostiumu. Mamy już tyle kobiecego rozumu, by stworzyć na scenie obraz czarującego, otwartego, życzliwego człowieka ze szlachetnymi manierami – a ten obraz zawsze bezbłędnie działa na każdego widza. Oczywiście, mamy też swoje słabe strony. Seniorki często zaczynają przygodę z tańcem bez przygotowania fizycznego, a tym bardziej – choreograficznego. Dlatego też mają znacznie mniejsze możliwości, by w odpowiednim stopniu opanować technikę tańca. Na to zazwyczaj trudno cokolwiek poradzić. Pozostaje tylko zazdrościć tym szczęściarom – a są takie – które tworzą imponującą konkurencję dla silnych technicznie młodych tancerek. Jednak większości seniorek pozostaje pogodzić się z tym, że technika nie jest ich najsilniejszą stroną. Może uznacie mnie za pruderyjną nudziarę, bowiem sama jestem niewiarygodnie leniwa, ale mimo wszystko podkreślę, że to w żadnym wypadku nie zwalnia nas z dążenia do doskonalenia swych nawyków technicznych na każdych zajęciach. Nie ważne, jakie nam się to wydaje ciężkie i nudne. W rezultacie nasze wysiłki na pewno się zwrócą.
Tak więc, dama przyszła do świata belly dance. Już przetańczyła entą liczbę godzin i poznała arkana tej tajemnej sztuki. Powoli zaczęła odróżniać saidi od chalidżi. Już zrozumiała, że taniec do Arasha jest „Fuj!” Jej komórka dzwoni wyłącznie głosami arabskich piosenkarzy. Wreszcie przestała się wzdragać na dźwięk przenikliwego głosu Hakima i jednocześnie dowiedziała się, że Fatma Serhan to kobieta… Oglądając wideo Diny już nie mówi: „Phi, a cóż to wielkiego – ja lepiej potrafię…” a nawet próbuje powtórzyć przed lustrem jej firmowy chód… co prawda, na razie bez świadków . Mało tego, zaczyna odkrywać pewne piękno w zawodzeniach dawnych śpiewaków, które jeszcze niedawno robiły na niej przygnębiające wrażenie… Jednym słowem, nasza panna dojrzała do konkursu . I teraz dosłownie przebiera nóżkami z niecierpliwości, żeby oszołomić publiczność własnym scenicznym dziełem sztuki.
I tu pojawia się szereg pytań:
1. Do jakiej muzyki tańczyć w klasyce?
2. Co wybrać do folkloru?
3. Jak przyciąć kompozycję do 3 albo (o zgrozo!!!) do 2 minut 15 sekund?
4. W czym tańczyć?
5. Jak tańczyć?

Próbując udzielić odpowiedzi na te pytania mam świadomość, że ktoś może się ze mną nie zgodzić. Niemniej jednak postaram się odpowiedzieć szczerze. Tak więc – nasze menu. Pierwsze, co natychmiast przychodzi do głowy – dziewczęta, tańczcie klasykę, nie pożałujecie! To jest zawsze aktualne, efektowne, właściwe, mile widziane i najbardziej pasuje seniorkom. Za klasykę w tym wypadku uważam utwory, które niegdyś stworzył wielki Mohammed Abdel Wahab, które niegdyś śpiewali genialna Mateczka Kalsum, przenikliwy Abdel Halim Hafez, wielki melancholik Farid Atrash, słoneczny Ahmed Adaweya, radosna Faiza Ahmed, niezwykle wzruszająca, kobieca i czarująco zabawna Aziza Jalal… A seniorkom, jeszcze niezbyt przekonanym do klasycznych pieśni, radzę poszukać ich wersji instrumentalnych lub w wykonaniu współczesnych młodych piosenkarzy. Są one zazwyczaj w bardziej efektownych aranżacjach z wyraźniej akcentowanym rytmem i są o wiele wygodniejsze dla naszych scen. Muszę dodać, że tańczyć do tych pieśni z moralnego punktu widzenia nie jest łatwo. Dlatego, że i przed wami i obok was (nawet na tym samym konkursie) tańczyły to już setki tancerek. I tyleż ich jeszcze będzie. Tancerka wymagająca wobec samej siebie powinna, z pewnością, się zastanowić – „czy ja dam radę się wyróżnić w tym tłumie, w którym przecież są też dziesiątki sławnych gwiazd?”, „czy pokażę coś własnego, co zadziwi i zapadnie w pamięć?” I w ogóle – „czy ja jestem godna sięgać po naszego „Wiliama Shakespeare’a”? I dopiero kiedy da się na to odpowiedzieć szczerym „tak”, można przystąpić do pracy.
Dla tych, które jeszcze mimo wszystko mają wątpliwości, pozostaje równie szeroki wybór – jest masa ciekawych współczesnych piosenek, dostojnie brzmiących w wykonaniu takich piosenkarzy jak Varda, Nur Mhenna, George Wassouf, Sobhy Taufik, Melhem Barrokad, Wael Jassar, Asala, Nagwa Karam…
Można też zastanowić się nad megeance, które według mnie jest ciekawe właśnie z tego względu, że w każdej jego części można pokazać siebie w zupełnie innym obrazie. Asortyment jest bardzo szeroki, i bez problemu można dobrać ciekawą kompozycję w mniej-więcej umiarkowanym tempie, pasującym seniorce.
Ja osobiście bardzo szanuję damy, godnie wykonujące taksim. Oto gdzie mamy ogromne pole do pokazu swoich umiejętności technicznych i tak zwanego arabizmu, przedmiotu pożądania każdej szanującej się bellydancerki – z charakterystycznymi słodkimi przeciągnięciami, niepełnymi taktami, synkopami, nagłymi zatrzymaniami i boleśnie długimi pauzami, prowadzącymi w końcu do długo wyczekiwanego triumfu beledi… Osoby, które wybiorą dla siebie ten gatunek mają niepowtarzalną możliwość za jednym zamachem zalać biednego widza całym nagromadzonym zapasem słodyczy… . Jednym słowem, bardzo polecam.
Warto zwrócić uwagę również na kompozycje, napisane specjalnie pod orkiestrę, które brzmią bardziej wzniośle i nawet z pewną rezerwą w porównaniu z otwartym emocjonalnie tarabem. Inteligentnie wyważone wykonanie takiego tańca może być ciekawe dla widza, który preferuje nieco bardziej wytrawny akademicki styl Złotej Ery arabskiego belly dance.

A do czego seniorka nie powinna tańczyć? Na pewno nie do banalnego popu (zdecydowanie NIE, choćby nie wiem jak przypiliło!), a także do histerycznych piosenek o nieszczęśliwej miłości pełnej męki i cierpień. Moja wina – sama chętnie uronię łezkę do aksamitnego barytonu przystojniaka Waela Kfoury, jednakże rozumiem, że z wieloma nadmiernie romantycznymi balladami tego pana nam, dorosłym damom, już zupełnie nie do twarzy… t. zn. nie do tańca. Mimo to jednak się zdarza, że jakiś niezbyt nam pasujący utwór tak pociąga, że chodzi za nami dniem i nocą stając się obsesją. Jeśli faktycznie nie macie sił z tym walczyć i chcecie wyrazić huragan namiętności – to niech tak będzie – tańczcie i cieszcie się życiem… Jak to się mówi – jeśli nie wolno, ale bardzo się chce, to można! Tylko uwaga – przepuście cały ten huragan przez trzeźwą głowę DOROSŁEJ kobiety. Nie zapominajcie o umiarze a nawet lekkiej ironii. W żadnym wypadku nie wijcie się w histerii i nie umierajcie… Bądźcie ponad to, damy! Mimo wszystko dostojnej seniorce jakoś nie wypada poddawać się namiętnościom! Powinna ona umiejętnie kierować swoimi emocjami, niczym królowa swymi ukochanymi, lecz słabowitymi na umyśle poddanymi – po matczynemu i nie całkiem na poważnie…

2. Do folkloru radziłabym wybrać te gatunki, w których dojrzała kobieca natura zalśniłaby wszystkimi barwami. W pierwszej kolejności mam namyśli baladi – kobiece, kokieteryjne i eleganckie… Chalidżi, w którym zamaskowawszy się dla niepoznaki szeroką abają możemy zadziwiać widza swoją lekko rozleniwioną, lecz wciąż głodną miłości zmysłowością. Tym, które chcą nie tylko zatańczyć, ale i prawdziwie zagrać, znakomicie będzie pasowało shaaby. Gatunek w ostatnim czasie szczególnie oswojony przez seniorki, można w nim z całej duszy rozbawić widza, poszaleć, niebezpiecznie balansując na granicy dozwolonego – jednym słowem, poczuć się prawdziwą aktorką. Bardzo pasują seniorkom takie style, jak tunisi i ghawazee. Moim zdaniem ich wyrazista egzotyka – w ruchach, w kostiumach, rekwizytach, w warstwie instrumentalnej i rytmicznej (zwłaszcza tunisi) i charakterystyczna nosowo-ostra maniera śpiewania (w ghawazee) – dają ogromne pole do wyrażenia najjaskrawszych pomysłów scenicznych. Z tymi tańcami ma się wszelkie szanse, jeśli nawet nie wygrać, to na pewno się wyróżnić. Seniorki również wesoło prezentują się w nubijskim, ponieważ tam zawsze występuje żwawa muzyka i niezbyt trudne, zabawne ruchy. Ale powiem z doświadczenia – nie wybierajcie tańca nubijskiego, jeśli marzycie o wygranej. Chociaż trzeba się bardzo postarać, żeby go zepsuć, ale właśnie przez swoją techniczną i emocjonalną prostotę przegrywa on na tle bardziej złożonych gatunków. Z równie dużą ostrożnością traktujcie takie style jak saidi, iraki czy taniec marokański. I to nie tylko dlatego, że są trudne w wykonaniu. Nawet jeśli z techniką nie macie problemów, mimo wszystko nakręćcie się na wideo, popatrzcie, a potem szczerze oceńcie – czy przyzwoicie wyglądają wasze dziarskie (jak wam się wydaje) podskoki w saidi, czy może niezdarnie kręcicie głową i skaczecie w iraki (który tam w ogóle jest wykonywany przez specjalnie zaproszone profesjonalne tancerki, średnio przejmujące się zasadami moralnymi), czy nie zanadto wyzywająco podskakuje wasza szykowna „fatima” w tańcu marokańskim…?  Może jednak zostawmy te tańce lekkomyślnej młodzieży, która na takich ruchach tylko zyskuje? I powtórzę – jeśli mimo wszystko zdarzyło się wam zakochać właśnie w tych gatunkach (co nie jest rozsądne, gdyż cały folklor arabski to łakomy kąsek tylko dla prawdziwego smakosza), to postarajcie się wybrać dla siebie kompozycje w spokojniejszym tempie, w których będziecie w stanie pokazać swoje zaangażowanie w manierę wykonania, a nie tylko popisy techniczne. Bieganina jest kompletnie niewskazana. Spokojna pewność siebie – oto co upiększa każdy seniorski taniec. To samo mogę powiedzieć i o eskanderani, który na naszych konkursach tradycyjnie wykonuje się w folklorze. Już dawno obalono mit, że seniorkom nie przystoi tańczyć eskanderani, gdyż jest nieprzyzwoity. Bez przesady – taniec jak taniec i z dziewczynami lekkich obyczajów nie ma nic wspólnego. Ale moim zdaniem nie wypada, żeby seniorka, nawet bardzo młodzieńcza, zakładała na siebie krótką aleksandryjską sukienkę ze skośną falbaną. W przeciwnym wypadku można nabrać wątpliwości co do pozorności mitu…  Są przecież inne warianty. Sympatycznie i stylowo wygląda sukienka z taką samą skośną falbaną, ale sięgająca za kolano. Kanoniczny przykład – strojna aleksandryjska suknia z kiściami winogron Tatiany Fiedajewej. No, ale o toaletach jeszcze będzie mowa.

3. Montaż muzyki. Niestety, w klasyce to spory problem. Wciśnięcie „Ana fi intizarak” czy „Gabbar” w 3, a nawet 2 minuty to praktycznie niewykonalne i bardzo niewdzięczne zadanie. Jeśli przywyknie się do określonego brzmienia, nie tylko każdej zwrotki, ale nawet każdej nuty w pieśni, wycinanie z niej kawałków to wręcz barbarzyństwo. I co robić? Nie ma rady, trzeba ciąć. Ale starajcie się robić to tak, żeby kompozycja mimo wszystko pozostała rozpoznawalna, nie skracajcie spodziewanych fraz, doprowadźcie je do końca. Lepiej zrezygnować z całych fragmentów w takiej kolejności, w jakiej one występują i zatańczyć nawet tylko jedną zwrotkę, ale w całości, niż wydzierać po jednej linijce z każdej części, próbując ująć wszystkiego po trochu. Uwierzcie – nic tak nie rani słuchu… I nie miesza w głowie, jeśli rozumie się tekst. Oczywiście, eksperymentować z mniej popularnymi kompozycjami jest o wiele łatwiej. A dzięki jakiemukolwiek doświadczeniu w montażu klasyki cięcie folkloru już nie jest bardzo trudne. Tam zazwyczaj zwrotki są wyraźnie wydzielone i stworzenie logicznie zakończonej kompozycji nie nastręcza trudności.

4. Kwestia kostiumów – też jest bardzo istotna. I nie zawsze bezsporna. Według mnie decydującym czynnikiem w tym wypadku powinno być dążenie do prezentowania się na scenie z godnością, jak przystało na status seniorki. Nie mówię teraz o numerach komediowych albo show, gdzie dla idei można na wiele spraw przymknąć oko… Porozmawiajmy o naszych strojach w klasyce. Wiele seniorek (a nawet grandseniorek), które zachowały zgrabne figury, preferuje bedleh (tradycyjny stanik ze spódnicą), odkrywający brzuch i ręce. No cóż, zachowałaś talię – brawo! Pewnie masz prawo się nią chlubić… Chociaż, szczerze mówiąc, moje preferencje w tej sprawie są nieco inne… Przecież zgrabna dziewczyna i zgrabna dama – to bynajmniej nie to samo. Ponieważ większość takich dam (zwłaszcza nadmiernie szczupłych) traci jędrność skóry – a to jest właśnie najważniejszy wykładnik młodości. Czy w takim razie wypada się obnażać? Żeby zadziwić zgrabnymi liniami ciała przy wyraźnie niemłodej skórze? I w ogóle – każdy brzuszek, nawet bardzo ładny, pod siatką wygląda jakoś bardziej tajemniczo i sympatycznie. Tak na mój gust . I absolutnie uroczo wyglądają choć trochę „ubrane” ręce… Przy czym nie tylko u seniorek. A jeśli figura jest daleka od ideału, to nawet siatka może nie wystarczyć – lepiej założyć zakrytą suknię, nawet w młodszych kategoriach. Jest masa przykładów, kiedy taki strój, uszyty przez zdolnego krawca, tylko dodaje wdzięku każdej figurze. I nie należy się bać, że zakrycie brzucha odbierze nam resztki techniki. Jeśli się ją ma, to w sukni nigdzie nie zginie. Jak to się mówi „księżyca podołem nie zasłonisz”.

5. JAK powinna tańczyć seniorka? To jest temat dla głębszej analizy, niż artykuł gazetowy. W dwóch słowach mogę powiedzieć tak: najsilniejsza strona występu seniorki, to specyfika wyrazu emocjonalnego. Jeśli ktoś potrafi dodać do tego umiejętność dobrego władania swoim ciałem – to w ogóle wspaniale. Ale mimo wszystko najważniejsza w tańcu jest historia, którą trzeba przeżyć na scenie. Jeśli to pieśń – należy całym sercem rozumieć jej sens i tańczyć o tym. Jeśli to utwór instrumentalny, to nie zaszkodzi wymyślić do niego własną historię i obraz, który będzie się rozwijał w różnych aspektach. Uruchomcie swoją fantazję, nie krępujcie się pokazywać swojej delikatności, wrażliwości, bądźcie pewne swojego czaru, swojej kobiecej władzy, prowadźcie ciągły dialog ze swoim wyobrażonym, ukochanym widzem – przy pomocy oczu, rąk… Kokietujcie, flirtujcie z nim, obrażajcie się, skarżcie, wydymajcie wargi, wielkodusznie wybaczajcie i – kochajcie… kochajcie z całej duszy! Najważniejsza jest naturalność i szczerość. Nie udawajcie, nie grajcie – bądźcie tym, kogo wyrażacie. Nikt nie może być bardziej wdzięczny, niż widz porwany przez waszą historię. Przecież wtedy on widzi tylko to, co chcecie mu pokazać – to, że jesteście zadziwiające, interesujące, pociągające. Widz nie tylko wybaczy wam wasze niedoskonałości – on ich nawet nie zauważy. Taki trik. Jeśli w tańcu jest obecna żywa szczerość, to zupełnie różni ludzie, niezależnie od siebie i nie pragnąc nawet analizować przyczyn, powiedzą potem: „Tak, to było naprawdę piękne…”. Ale nie ma zwierza straszniejszego, niż widz patrzący na artystę z niedowierzaniem, a nawet ironią, gdyż czuje jego nienaturalność i fałsz. I żaden przyklejony uśmiech nie pomoże przy chłodzie duchowym. To znaczy, że koniecznie trzeba nauczyć się pokazywać swoją wyjątkową duszę, biorąc do pomocy doświadczenie życiowe, dojrzałość emocjonalną i samowystarczalność.
Jeszcze raz powtórzę, bo to bardzo ważne – nie zapominajcie, by do każdej, nawet najbardziej dramatycznej historii w tańcu dodać sporą porcję humoru. Nigdy nie bądźcie zbyt poważne na scenie, nie zapominajcie o ironii, a zwłaszcza – samoironii. A miejsca, zajmowane na konkursach traktujcie ze spokojem. Nie oglądajcie się na pozorną konkurencję – starajcie się przeskoczyć tylko same siebie. Zacytuję tu genialne słowa z pewnego znakomitego filmu: „ważne jest nie to JAK grasz, ale jak bardzo lubisz to robić…” Najważniejsze, to że uwielbiamy tańczyć i ROBIMY to. A to oznacza, że już jesteśmy zwyciężczyniami. Dlatego życzę wszystkim koleżankom odwagi, męstwa, niekończącej się miłości do tańca, cierpliwości i pewności swoich sił. I w pozytywnym sensie – szaleństwa… A dla inspiracji przypomnę raz jeszcze, że prawdziwą kobietą stajesz się z wiekiem… I być seniorką belly dance – to kolejna szansa, by pokazać to całemu światu!

Z pozdrowieniami dla wszystkich polskich seniorek – Sofija Gammal

Sofija Gammal (Abdulajewa)– Pierwsza profesjonalna seniorka w świecie rosyjskiego orientalu. Z pochodzenia – prawdziwa kobieta Wschodu, z wykształcenia – profesjonalny muzykolog, specjalistka od muzyki orientalnej ze znajomością języka arabskiego. W swoim czasie zajmowała się badaniami etnograficznymi nad kulturą Wschodu ze szczególnym uwzględnieniem teoretycznych aspektów profesjonalnej muzyki arabskiej i uzbeckiej.
W świecie tańca pojawiła się w 2003 roku. Jest jedną z niewielu instruktorek sztuki aktorskiej w rosyjskiej szkole belly dance. Z powodzeniem wykonuje orientalną klasykę (zwłaszcza tarab), ale jej największą miłością jest folklor orientalny, który czuje i rozumie całą swoją orientalną naturą. Podstawą każdego jej tańca jest warstwa emocjonalna – stąd jej występy są zawsze tak interesujące dla widzów. Za każdym razem przeżywa taniec od początku do końca, przetwarzając krótki występ w cały spektakl. Jej obrazy są różnorodne i przemyślane do najmniejszych szczegółów.
Prawdziwa aktorka w tańcu, charyzmatyczna, czarująca, niezwykle kobieca i zmysłowa, pełna godności i dostojeństwa, typowego dla mądrej kobiety Wschodu. Wielokrotna zwyciężczyni największych konkursów w Woroneżu, Lipiecku, Sankt-Petersburgu i Moskwie.

Tłumaczenie: Miranda
Źródło: beledi.ru/forum

————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————————–
Ałłę Kusznir miałyśmy okazję poznać na Mistrzostwach Europy w Mińsku.
Po wygranej w Ukraińskiej „mam Talent” udzieliła wywiadu- opisując swoje przeżycia związane z udziałem w tym programie:
Wywiad dla nas przetłumaczyłą jak zwykle niezawodna Miranda:

UKRAIŃSKI BELLY DANCE MA TALENT!

Ałło, to już nie pierwsze twoje doświadczenie udziału w telewizyjnym show. W 2008 roku zajęłaś 3 miejsce w libańskim konkursie telewizyjnym „Hizzy ya Nawaem”. Dlaczego postanowiłaś znowu spróbować swoich sił w takim projekcie?

Nie od razu podjęłam decyzję udziału w konkursie „Ukraina Ma Talent”. Najpierw przyprowadziłam na casting do programu swoją siostrzenicę, młodszą Ałłę, która też ma co pokazać. Ale zobaczywszy, co tam się dzieje, poczuwszy ducha rywalizacji, nabrałam entuzjazmu i postanowiłam zaryzykować.
Byłoby głupio z mojej strony przepuścić taką okazję. A doświadczenie udziału w libańskim show bardzo mi się tu przydało. Na przykład nie bałam się już tak bardzo kamer i występów na żywo. Oczywiście, nie udało się całkowicie uniknąć stresu, ale wychodzić na scenę było jednak o wiele łatwiej. Kiedy pomyślisz, że coś takiego już ci się wcześniej przydarzyło, to i światło już tak bardzo nie razi, i reflektory tak mocno nie grzeją.

W show brało udział bardzo wielu tancerzy, ale tylko ty doszłaś do finału. Jak ci się to udało?

Myślę, że dużą rolę odegrała oryginalność choreografii. Nie tańczyłam przecież klasycznego belly dance, tylko numery show. Sędziom i publiczności spodobała się ta niekonwencjonalność. Strona wizualna wyszła bardzo widowiskowo, a dla telewizji jest to bardzo ważne. Na castingu rzeczywiście było dużo wykonawców belly dance, ale nie udało im się przejść dalej.
Ja też nie od razu uwierzyłam w swoje siły: wokół było mnóstwo utalentowanych ludzi, którzy łatwo mogli mnie pokonać! Ale po przejściu pierwszych eliminacji zrozumiałam, że mam szanse. Najważniejsze to właściwie zabrać się do pracy i dobrze pracować. Dużym sprawdzianem był dla mnie półfinał, kiedy członkowie jury wybierali pomiędzy mną a grupą breakerów „H-Blast”. Wtedy już wszyscy uczestnicy show zdążyli się ze sobą zaprzyjaźnić i trudno było się z kimś rozstawać. Mimo to cieszę się, że w finale znalazł się właśnie belly dance.

Uważasz, że to pomoże w rozwoju belly dance na Ukrainie?

Jestem tego pewna! Wiem, że wielu ludzi już zmieniło swój stosunek do tańca brzucha. Słyszeli, jak zachęcałam do zajęć z belly dance i widzieli, jak publiczność reagowała na występy. Już teraz coraz więcej kobiet przychodzi do szkół, żeby spróbować nauczyć się czegoś podobnego, chociaż jeszcze niedawno nie miały pojęcia o tej dziedzinie sztuki.

A co tobie dał udział w show „Ukraina ma talent”?

W rezultacie nawet więcej, niż się spodziewałam. Zyskałam mnóstwo wspaniałych przyjaciół. Poznałam bardzo utalentowanych i profesjonalnych ludzi, z którymi dalej współpracuję. Nakręciliśmy kilka programów telewizyjnych, występujemy na koncertach. Dostaję bardzo ciekawe propozycje pracy, tak że niewykluczone, że przeprowadzę się do Kijowa.
Ale najważniejsze, co dał mi konkurs, to profesjonalny rozwój. W ciągu całego show uczyliśmy się prawidłowo pracować przed kamerą, udzielaliśmy mnóstwa wywiadów, znosiliśmy nieprzerwaną presję psychiczną.
Z każdym uczestnikiem programu pracowała duża grupa kreatywna: producenci, operatorzy, oświetleniowcy, choreografowie, wizażyści, kostiumowcy. Oni dawali z siebie wszystko i tego samego wymagali od nas. Nie można było się rozluźnić nawet na sekundę, to była praca po 24 godziny na dobę. I to nas bardzo zahartowało.

To w Libanie na „Hizzy ya Nawaem” było inaczej?

Te dwa konkursy faktycznie mają ze sobą wiele wspólnego, ale różnic mają jeszcze więcej. Po pierwsze, na Ukrainie organizacja była na znacznie wyższym poziomie. Mało tego, jeśli porównać ukraińskie show z jego amerykańskim prototypem, to konkurs „Ukraina Ma Talent” okazuje się silniejszy. To dlatego, że na naszym konkursie występy były znacznie trudniejsze.
Przy samym tylko tańcu z wodą pracowało około 25 osób: przesuwali basen, robili deszcz na żywo. To jest przecież niezwykle trudne i nawet niebezpieczne! Wyobraź sobie: wokół sceny siedzi mnóstwo widzów, w sali jest gorąco, wszędzie technika i aparatura, i nagle z góry leje się woda! Gdyby wtedy woda przeciekła pod scenę, gdzie było mnóstwo przewodów i ogrzewaczy, to nie wiadomo, jak by się to skończyło. Ale ekipa sobie poradziła i to świadczy o jej wysokim profesjonalizmie.
Po drugie, w Libanie przeszkadzała mi bariera językowa: tam wszyscy mówili po arabsku albo francusku, mało kto znał angielski. Dlatego trudno mi było się porozumieć z organizatorami, nie mogłam zrozumieć, czego właściwie ode mnie oczekują.
A tutaj wszystko było o wiele poważniej: postawiono przede mną konkretne zadanie i wymagano wypełnienia go na 100 procent. Wiedziałam, że patrzy na mnie cała Ukraina, mój ojczysty kraj. Ci widzowie są mi o wiele drożsi, ale i o wiele surowsi w stosunku do mnie. Wystarczyłby najmniejszy błąd, żebym zawiodła całą grupę filmową i samą siebie.
Z kolei na tym projekcie było o wiele trudniej znaleźć ludzi, którzy mieli pojęcie o tańcu brzucha. Czasami nie mogłam wytłumaczyć grupie kreatywnej swoich koncepcji – wiele rzeczy widzieliśmy inaczej. W ramach show każdy pretendent do zwycięstwa miał swojego producenta. Tak więc mój kurator przed długi czas w ogóle nie miał pomysłu, co ze mną zrobić w finale.

A kto był twoim producentem?

Nie mam prawa wymieniać jego nazwiska, ale mogę powiedzieć o grupie kreatywnej. To byli finaliści projektu „Wszyscy Tańczą” („You Can Dance”)

Na czym polegała ta pomoc? Ile było twojego wkładu w tworzenie numerów?

Choreografia z półfinału jest w całości mojego autorstwa. To ten sam taniec, który wykonywałam na castingu, tylko z pewnymi zmianami: dodano pochodnie, podium i męską „grupę wsparcia” z płonącymi maskami na twarzach.
Idea drugiego, finałowego tańca, pojawiła się spontanicznie: pewnego razu w wolnym czasie ludzie z grupy kreatywnej zobaczyli mnie kąpiącą się w rzece. Natychmiast postanowili, że koniecznie muszę zrobić coś związanego z wodą. Po pierwsze dlatego, że to ładnie wygląda, a po drugie – to jest ten żywioł, który może konkurować z ogniem. Przecież trudno wymyślić coś bardziej widowiskowego niż płomienie, a nie mogliśmy zrobić czegoś gorszego, niż wcześniej.
Ale mnie nie od razu spodobał się pomysł z deszczem, długo się spierałam i oburzałam. Szczególnie trudno było na próbach, kiedy ciągle się przewracałam w śliskim małym basenie. Jednak po kilku próbach i po obejrzeniu materiału na wideo, zrozumiałam, że numer z wodą jest bardzo efektowny.

Czy choreografia drugiego tańca też jest twoja?

Tak, za podstawę do występu finałowego wzięto moją choreografię, ale w rezultacie znacznie ją zmieniono, dodając więcej afrykańskich ruchów. Grupa kreatywna na wszelkie sposoby starała się, żeby nasze numery były naprawdę widowiskowe, żeby ciekawie się je oglądało w telewizji.
Chodzi o to, że telewizja i zwykła scena prezentują taniec zupełnie inaczej. To, co fantastycznie wygląda na małej przestrzeni, z bliskiej odległości, na ekranie może zupełnie zniknąć. I to trzeba było brać pod uwagę przy tworzeniu tańca.

Kostiumy to kolejny istotny element każdego show…

Tak, oczywiście. Poświęcaliśmy tej kwestii wiele uwagi. Czerwony strój do numeru z ogniem wybraliśmy z mojej kolekcji kostiumów. Został tylko trochę przerobiony, żeby lepiej się prezentował w kadrze. Za to drugi kostium był w całości uszyty na podstawie szkiców i pomysłów grupy kreatywnej. Mój wygląd w finale to odzwierciedlenie ich idei.

Drugi wariant okazał się znacznie bardziej seksowny, niż pierwszy. Czy takie były wasze plany?

Po numerze z wodą słowo „seks” ciągle mi towarzyszy… Nie, nie nastawialiśmy się na seks, ale wydaje mi się, że po prostu nie mogło wyjść inaczej. Kobieta w mokrym ubraniu zawsze wygląda erotycznie, bez względu na to, w co jest ubrana. W tym wypadku, nawet gdyby bardzo się starać uniknąć seksualności, nic z tego nie wyjdzie.
Na pierwszych próbach, kiedy mnie po prostu zmoczono i postawiono na podium, a na dole usadzono chłopców, to już wyglądało seksownie. Nawet gdybym tak stała w basenie bez najmniejszego ruchu, ludzie i tak mówiliby o erotyce. To było nieuniknione.

Który taniec tobie samej bardziej się podoba – „Ogień” czy „Woda”?

Najpierw wydawało mi się, że numer z ogniem jest o wiele bardziej efektowny. Ale z czasem zmieniłam zdanie. Teraz już nie potrafię oddać pierwszeństwa żadnemu z nich.
Po zakończeniu show dostałam prawo wykonywania obu tańców na scenie, chociaż z „Wodą” jest, oczywiście, o wiele trudniej. Muszę go tańczyć po prostu mokra, bez basenu.

Twój udział w projekcie był aktywnie omawiany w internecie na różnych forach. Wspominano tam o tobie często, jednak nie zawsze pochlebnie. Ale dla wszystkich wciąż pozostaje zagadką: czy ty wiesz, co o tobie piszą, czy nie? Czy wchodzisz na te strony?

Zupełnie nie mam na to czasu, chociaż czasami znajomi albo uczniowie uważają za konieczne przekazać mi treść niektórych dyskusji albo konkretnych postów. Bardzo ich proszę, żeby tego nie robili: nie trzeba mi przekazywać ani dobrego, ani złego. Jeśli są na świecie ludzie, którzy chcą ze mną podyskutować, coś poradzić, albo po prostu porozmawiać, niech do mnie zadzwonią! Mój numer telefonu można bez trudu znaleźć w internecie.
Mam swoją własną stronę i profile na różnych portalach. Jestem gotowa porozmawiać z każdym. Może ktoś z tych ludzi udzieli mi rzeczywiście cennej rady. W takim wypadku z pewnością jej posłucham. Jeśli ktoś ma ochotę wyrazić ostrą krytykę, niech ma śmiałość zrobić to osobiście, a nie anonimowo, albo pod wymyślonym nickiem. A wszystko, co dobre, przyjmuję całym sercem i duszą. Tak więc jeśli ktoś zechce przekazać mi to przez telefon, z przyjemnością go wysłucham.
Ku zawiści wszystkich mężczyzn z nowym ukraińskim symbolem seksu rozmawiała: Irina Umaniec
wywiad przetłumaczyła Miranda

nauka tańca

————————————————————————————————————————————————————————-

Wywiad przeprowadzony przez Mirandę z Aleksiejem Riaboszapką w czasie warsztatów w Aktivgen

„Wy jeszcze spijacie śmietankę, my już się oblizaliśmy” – z Aleksiejem Riaboszapką rozmawia Miranda.

W maju 2009 po raz pierwszy odwiedził Polskę, a konkretnie Lublin (na zaproszenie Inci i klubu AktivGen) ceniony zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie tancerz, choreograf i pedagog – Aleksiej Riaboszapka. Uczestnictwo w prowadzonych przez niego warsztatach stało się dla naszych tancerek totalnym przewrotem w dotychczasowym postrzeganiu BD, ogromną dawką inspiracji, a także wiedzy o „rosyjskim” podejściu do tego tańca. Aleksiej z chęcią i zaangażowaniem dzielił się swoją wiedzą, zarówno praktyczną, jak i teoretyczną, o czym świadczyć może poniższy wywiad.

WY JESZCZE SPIJACIE ŚMIETANKĘ, MY JUŻ SIĘ OBLIZALIŚMY.”
o rosyjskim, ukraińskim i polskim belly dance opowiada Aleksiej Riaboszapka.  

Miranda – Jesteś w Polsce pierwszy raz. Jak Ci się u nas podoba?

Aleksiej Riaboszapka – Bardzo mi się podoba Lublin, tu jest takie czyste powietrze, dużo zieleni. Przypomina mi mój rodzinny Perejasław. Oczywiście, na ogólne wrażenie z danego kraju wpływa przede wszystkim organizacja i osoba organizatora. W Waszym przypadku jestem zadowolony ze współpracy.

M – Jak możesz ocenić poziom polskiego BD?

AR – Dość istotnie się różni od naszego. Widać, że skupiacie się na innych aspektach tego tańca. Ponieważ jesteście na początkowym etapie rozwoju BD, potraficie jeszcze po prostu cieszyć się tym tańcem. Można powiedzieć, że jeszcze spijacie z BD śmietankę, po której my już dawno się oblizaliśmy. Niemniej jednak, jest u Was wiele interesujących i konkurencyjnych tancerek. Polskie dziewczęta są też bardzo ładne, a w tańcu orientalnym nie jest to bez znaczenia!

M – W Rosji BD jest dużo bardziej rozwinięty, organizuje się mnóstwo konkursów i festiwali. Jak wygląda struktura organizacyjna?

AR – Instytucji organizujących tego typu imprezy jest bardzo dużo, ale dwie największe i najważniejsze to ORTO (Общероссийская танцевальная организация – Wszechrosyjska Organizacja Taneczna zrzeszona w IDO – przyp. tłum.) i Liga Profesjonalistów Tańca Orientalnego. Te dwie organizacje przeprowadzają turnieje rankingowe i międzynarodowe. Poza tym odbywa się mnóstwo imprez i konkursów regionalnych.

M – Czym się różnią te dwie organizacje?

AR – Nie mogę mówić o tym obiektywnie, ponieważ jestem członkiem Ligi. Na pewno mamy dużo wspólnego. ORTO zajmuje się różnymi gatunkami tańca i zrzesza wiele innych organizacji. Liga zajmuje się tylko BD i jej celem jest rozwijanie i propagowanie tego tańca nie tyle jako sportu, co jako formy sztuki. Osobiście popieram to drugie podejście, ponieważ taniec orientalny jest sztuką zbyt kameralną, żeby tak po prostu zarabiać na niej pieniądze!

M – Jak wyglądały Twoje początki w tym tańcu?

AR – Przy takim pytaniu wszyscy spodziewają się jakiejś romantycznej historii, że np. tańczę BD od dziecka, albo zakochałem się w nim podczas wycieczki do Egiptu… A w moim przypadku wszystko odbyło się bardzo prozaicznie. Pracowałem w fitness klubie w Doniecku (po kontuzji nie mogłem już tańczyć wyczynowo) i przyszło mi wziąć zastępstwo za dziewczynę, która prowadziła zajęcia z BD. Jej zwolnienie się przedłużyło, więc w końcu postanowiłem się wybrać na jakieś warsztaty z tańca brzucha. Tak trafiłem do mojej pierwszej instruktorki – Iriny Popowej. Początki były trudne. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego nic mi nie wychodzi, a przecież tańczyłem od 18 lat! Potem trafiłem na zajęcia do Eleny Ramazanowej i to był mój przewrót w postrzeganiu i świadomości tego tańca. Wcześniej myślałem, że mężczyzna w ogóle nie ma w nim czego szukać. Potem zacząłem się interesować belly dance show, wykorzystaniem elementów aktorstwa w tym tańcu, możliwością pokazania czegoś zabawnego.

M – Jaki jest teraz Twój stosunek do męskiego BD?

AR – Mówi się, że artysta to istota bezpłciowa. Weźmy na przykład gotowanie – każdy może to robić i czasem lepiej wychodzi to kobietom, a czasem mężczyznom. Podobnie jest z tańcem: każdy może w nim znaleźć coś intymnego. Moim zdaniem BD jest kobiecy – podziwiamy w nim ciało tancerki, ręce, kostium… Gdy facet zaczyna robić dokładnie to samo, wychodzi z tego parodia. Jeśli włożyć to w ładną formę, można to potraktować jako żart taneczny. Klasyka BD w męskim wykonaniu mi się nie podoba. Nie znoszę, gdy mężczyzna próbuje udawać kobietę! A często się zdarza, że chłopaki chcą się nauczyć tańczyć dokładnie tak jak dziewczyny i chcą mieć takie same choreografie. Jaki jest sens robić shimmy czymś, czego się nie ma? Uważam, że mężczyźni powinni tańczyć wyłącznie folklor, ewentualnie belly dance show. Najważniejsza jest męska energia. Myślę, że nie ma sensu wymieniać nazwisk, ale jest mnóstwo świetnych tancerzy i instruktorów męskich.

M – Czy masz jakichś męskich uczniów?

AR – Nie mam. Gdyby ktoś chciał się u mnie uczyć, musiałby przyjąć moje warunki, tzn. że nie będzie to klasyka. Marzy mi się stworzenie grupy wykonującej libańską dabke, złożonej np. z 10 mężczyzn…

M – Uczyłeś się tańca również w krajach arabskich, jednak najbardziej cenisz rosyjskich nauczycieli…

AR – Rzecz w tym, że wytłumaczyć coś najlepiej potrafi ktoś, kto sam się tego nauczył. Arabowie mają taniec we krwi, podobnie jak rytm. Sam ich sposób słyszenia i rozumienia rytmu diametralnie się różni od europejskiego. Dlatego nie bez powodu mówi się, że Arabowie nie potrafią nic wytłumaczyć, oni potrafią tylko pokazać.

M – Gdzie prowadzisz regularne zajęcia? Masz własną szkołę?

AR – Moja szkoła nazywa się „RA-studio”. Właściwie są to dwie szkoły – jedna w Moskwie, druga w Doniecku, na Ukrainie. Tam też mieści się moje stowarzyszenie „Taniec bez granic”. Organizujemy wszelkie konkursy, festiwale, opracowujemy programy nauczania BD. Ostatnio pracujemy nad dziecięcym festiwalem BD. Moim zdaniem nauczanie dzieci powinno się zaczynać od tańca klasycznego, wyrabiania prawidłowej postawy, kształcenia gry aktorskiej. Dopiero potem można przejść do BD. Nie ma sensu robić tego od razu. Niestety, są trudności ze znalezieniem sponsora dla tego typu inicjatyw. Nikt nie chce wkładać w to pieniędzy, toteż wszystko organizujemy z własnego budżetu.

M – Ile masz obecnie uczennic?

AR – Około 200 dziewcząt uczy się regularnie. Osobiście najbardziej lubię prowadzić zajęcia hobbystyczne dla dam powyżej pięćdziesiątki. Nie tylko one uczą się czegoś ode mnie, ale i ja mogę się wiele nauczyć od nich. To jest dla mnie bardzo inspirujące.

M – Jakie style są teraz najbardziej popularne w Rosji i na Ukrainie?

AR – Folklor. Wcześniej popularny był tylko taniec egipski, teraz zainteresowanie przeniosło się na Zatokę Perską. Bardzo modny jest Irak, region Algieria – Tunezja – Maroko. Na klasykę już praktycznie nikt do mnie nie przychodzi, bo to już nikogo nie ciekawi. Przychodzą na folklor. Popularne są też tematy dla instruktorów. Temat, który wy wybraliście, Aspani raqs – był popularny 2 lata temu, tańczono w tym stylu na wszystkich konkursach. Teraz już prawie nikt się tym nie interesuje.
W Rosji na warsztaty uczęszczają najczęściej silne tancerki, które szukają czegoś nowego, inspiracji. Materiał, którego oczekują, powinien być nowy, obszerny i podany w jak najkrótszym czasie. Stąd takie tempo i intensywność zajęć. Zdarza się, że ktoś przychodzi po prostu z ciekawości, ale profesjonalne podejście do warsztatów wygląda właśnie tak.

M – Jak wygląda u Was nauczanie początkujących? Na co zwraca się największą uwagę na samym początku nauki?

AR – Naturalnie, każda szkoła ma jakąś własną specyfikę nauczania. W moim studiu nabór do grupy początkującej odbywa się tylko raz w sezonie, ponieważ pierwszy rok nauki jest niezwykle ważny! Pracujemy głównie z dorosłymi, już ukształtowanymi tanecznie osobami, dlatego też prawidłowa postawa, rozwój koordynacji i najprostsze ruchy taneczne – to cele pierwszego roku nauki. Wiele dziewcząt, które przychodzą pierwszy raz, ma kompleksy, wstydzi się tańczyć. Dlatego trzeba być nie tylko choreografem, ale i psychologiem. W moim studiu do nauczania początkujących przydzielam zawsze najsilniejszych pedagogów. To właśnie od jakości ich pracy zależy przyszłość studia!

M – Skąd Wasze tancerki biorą takie oryginalne kostiumy?

AR – Wcześniej sprowadzały je z krajów arabskich, później zaczęły wymyślać same. Tak jest ciekawiej. Teraz wszyscy szyją sobie kostiumy, są specjalne atelier. Profesjonalne kostiumy do BD dorównują przepychem i ceną strojom do tańców towarzyskich. 1000 $ za kostium to norma, jeśli tancerka myśli o tańcu poważnie. U Was wszystko jest jeszcze bardzo proste. U nas kostium musi być nie tylko ładny, ale i ciekawie skonstruowany, z jakimś zamysłem. Na przykład, jedna z moich uczennic szukała fresków z XVI-XVII wieku jako inspiracji do kostiumu gawazee. To staje się hobby. Na stroniewww.dancemaze.ru można obejrzeć mnóstwo kostiumów z wielu imprez BD.

M – A jak się u Was ma tribal?

AR – Tribal ma swoją oddzielną organizację – Federację Plemion Tanecznych. Początkowo filozofia tego ruchu była bardzo piękna – traktowano tribal jako gatunek niekonkursowy i starano się nie dopuścić do wtłoczenia go w ten system. Niestety, wszystko to upadło, kiedy okazało się, że można na tym zarabiać pieniądze. Teraz w tribalu odbywają się takie same konkursy, jak w innych stylach BD.

M – Od kilku lat jesteś również sędzią na konkursach BD. Jak wygląda system oceniania występów konkursowych?

AR – Na konkursach Ligi Profesjonalistów obowiązuje 10 kryteriów oceny wg 10-stopniowej skali. Dla klasycznego raqs sharki są to takie kryteria jak: 1) obraz, 2) arabizm, 3) sztuka aktorska, 4) poczucie rytmu, 5) jakość i estetyka wykonania, 6) leksyka (zbiór ruchów i umiejętność ich właściwego wykorzystania) 7) zgodność z sensem utworu, 8) kompozycja, 9) indywidualność, 10) ogólne wrażenie. Ten system obejmuje większość solowych kategorii zaawansowania i wiekowych. W przypadku kategorii folklor, zamiast arabizmu oceniana jest tzw. maniera wykonania. Nieco inny system oceny jest też w kategorii profesjonalistów – nie ma eliminacji, każda tancerka prezentuje się w trzech etapach: w improwizacji, klasycznym raqs sharki i w folklorze. Dopiero potem wszystkie punkty są sumowane. Belly dance show jest oceniane wg 6 kryteriów: 1) obraz, 2) sztuka aktorska, 3) technika, 4) koncepcja, oryginalność zamysłu, 5) kompozycja, 6) ogólne wrażenie.

M – Czy istnieją jakieś reguły co do zawartości BD w choreografii show?

AR – Jest powiedziane, że technika BD powinna być zawarta w tańcu, ale nie określa się, ile dokładnie powinno jej być, czy ma przeważać, czy niekoniecznie. W tej kategorii najważniejsze jest show, prezentacja, oryginalność. Np. na jednym z konkursów dziewczyna występowała jako królowa śniegu z 25-metrowymi białymi skrzydłami i w półmetrowej tiarze, a pod tym kostiumem miała jeszcze kostium wiosny. Inna z kolei tańczyła w męskim stroju fuzję stepu z męskim folklorem BD.

M – Mówi się, że w „rosyjskim” BD jest bardzo dużo baletu…

AR – To stereotyp. Są tancerki, które wyszły z innych stylów tanecznych i osiągnęły dobry poziom i oczywiście, ich taniec się różni. Ale jest też dużo tancerek czystego stylu egipskiego. Pewne ruchy (np. słynne skłony i zarzucanie włosami – przyp. tłum.) po prostu wchodzą w modę. Ogólnie staramy się walczyć z nadmiarem baletu w BD.

M – Czy do swoich własnych występów masz zawsze ułożoną choreografię, czy improwizujesz?

AR – Częste powtarzanie choreografii szybko mnie nudzi i chcę czegoś nowego. Np. numer w dżinsach już kompletnie mi obrzydł, ale ciągle mnie o niego proszą na występach. Często bywa tak, że mam tylko zarys, szkielet choreografii, a reszta to improwizacja.

M – Dziękujemy serdecznie, że zechciałeś odwiedzić nasz kraj i mamy nadzieję, że niedługo znów będziemy mogli Cię gościć!

AR – Będzie mi bardzo miło znów się z Wami spotkać!

Przekład i opracowanie: Miranda
Redakcja: Naima (Roksolanka

 

————————————————————————————————————-

ELENA RAMAZANOWA

prezes Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego:

O tym, że Ałła Kusznir weszła do finału ukraińskiego show telewizyjnego dowiedziałam się z internetu: kilkakrotnie przekazywano mi tę wiadomość na stronie vkontakte.ru. Ponieważ Rosjanie też mogli głosować, od razu wysłałam na nią smsa. Ałła swoimi występami udowodniła, że jest uniwersalną artystką, która wyczuwa nastroje publiczności i doskonale wie, gdzie, kiedy i co należy tańczyć. Zrobiła wszystko jak najlepiej i dla własnej kariery, i dla rozwoju belly dance. Uważam, że zarówno ona, jak i Shakira, i serial „Klon” zasługują na ogromne podziękowania za aktywną promocję tańca brzucha „wśród mas”. Reklama w telewizji to bardzo droga przyjemność i tancerki póki co nie mogą sobie na nią pozwolić. A takie właśnie projekty telewizyjne są w stanie przyciągnąć do nas uwagę publiczności. Wcześniej wiele osób negatywnie odnosiło się do tańca brzucha, ponieważ był prezentowany wulgarnie. Ałła na Ukrainie, czy Alija w rosyjskiej telewizji potrafiły to zrobić ładnie, artystycznie i scenicznie.
Zostały zdobyte serca części widzów, którzy teraz zaczną aktywnie uczęszczać do szkół tańca. Wtedy będzie czas na wyjaśnienie nowicjuszom niuansów kultury Orientu, specyfiki i tradycji belly dance. I ci, którzy rzeczywiście zechcą, na pewno poznają wszelkie szczegóły.

Źródło: Comme il faut № 1, 2010, str. 52-56.

Tłumaczenie: Miranda.

Nauka tańca

zapisy

MOSKWA NIE WIERZY ŁZOM- wywiad z Natalią Fadda – przetłumaczyła dla nas Monika Denda

Natalia Fadda rozpoczęła wywiad od sensacyjnej wiadomości – ma zamiar porzucić scenę i jest gotowa wstępnie podsumować swoją działalność artystyczną. Natalia Strelczenko, znana również jako Afifa, symbol scenicznego belly dance Wszechrusi, już nie będzie nas zachwycać swoimi występami? Trudno w to uwierzyć! Maria Kriżanowskaja dowiaduje się szczegółów.

Natasza, jestem w szoku! Myślę, że podobnie jak czytelnicy. Opowiedz, skąd taka decyzja? To przemyślany krok, czy nagły poryw emocji?

To przemyślana i uzasadniona decyzja. Doszłam już do tego punktu, kiedy występować gorzej mi nie wypada, a lepiej – jest już bardzo trudno. Utrzymanie wypracowanego poziomu sprawia mi już fizyczne i psychiczne trudności.
Mój styl zobowiązuje do ciągłych zajęć choreograficznych, do całkowitego zaangażowania w treningi. W wieku 40 lat nie jest już tak łatwo chodzić na lekcje baletu 3 razy w tygodniu i robić szpagaty po tych wszystkich latach wysiłku fizycznego. Realnie oceniam swoje siły, nie mam ochoty mieć poważnych problemów ze zdrowiem. Ze względu na stan moich stawów biodrowych lekarze zabronili mi trenować.
Scena jest dla młodych. Przekroczyłam już wiek baletowy – do 38 lat. Oczywiście, w tańcu orientalnym jest inaczej, w Kairze tancerki występują i w bardzo dojrzałym wieku. Ale Egipska publiczność inaczej odbiera muzykę i taniec – oni czerpią z tego radość, relaksują się przy tym. W naszym kraju scena rządzi się innymi prawami. W każdym razie tak mi się wydaje.

Na czym polega specyfika rosyjskiej sceny?

Po pierwsze, my mamy sceny akademickie, a w Egipcie belly dance wykonuje się przede wszystkim kameralnie. Po drugie – rosyjski widz jest bardzo rozpieszczony i wymagający. Za granicą artyści przygotowują sobie jedną choreografię i jeżdżą z nią po całym świecie przez rok. U nas tak się nie da: za każdym razem trzeba mieć nowy układ. Zatańczysz coś 2-3 razy i już publiczność komentuje w internecie: „Fadda wystąpiła ze starym tańcem, w tym samym kostiumie”. Tak naprawdę to dopiero po trzech razach choreografia zaczyna nabierać barw, obrastać w niuanse. Ale zasady gry są takie i nic się na to nie poradzi.

A jeśli ktoś zaproponuje Ci duże pieniądze?

Tu nie chodzi o pieniądze. Oczywiście, nowa choreografia to za każdym razem ogromna inwestycja, której nie pokryje to, co płacą ci za występy organizatorzy imprez. To również kostium. Na samą moją spódnicę potrzeba tyle materiału, ile wykorzystuje się średnio na uszycie przeciętnego kostiumu. Wynajęcie sali do przygotowania układu i do prób – mój poziom nie pozwala mi robić tego w domu, wśród taboretów. Wkłady w swój wygląd zewnętrzny, kosmetyki… Jeśli to wszystko połączyć – pochłania to połowę pensji. Ale nie o to chodzi. Po prostu zmęczyły mnie występy i w ciągu tego roku będę je powoli ograniczać do zera.

Ale chyba nie zamierzasz całkowicie zrezygnować z tańca? Czy będziesz pracować w restauracjach, na zamówienia, uczyć, tworzyć własne show, sędziować konkursy?

Na bankietach nie pracuję już od jakichś 3 lat, a w restauracjach jeszcze dłużej. Przetańczyłam w restauracjach 13 lat i ten etap w moim życiu uważam za zamknięty. Z wiekiem zmieniasz się psychicznie, rozwijasz, czytasz inne książki, pociągają cię inni ludzie, i to wszystko ma na ciebie wpływ. Zmieniają się cele twórcze i praca w restauracjach staje się nieciekawa. Poza tym tam trzeba mieć młode ciało i młodą twarz – jeszcze młodszą, niż na scenie.
Sędziowania na konkursach odmówiłam. W tym systemie jest zbyt dużo sprzeczności. Oczywiście tym, którzy pragną rywalizacji, jest to potrzebne i sama też kiedyś brałam udział w konkursach. Ale wszystko kiedyś się kończy.

No tak, jesteś przecież trzykrotną Mistrzynią Rosji i Mistrzynią Świata, o ile się nie mylę.

Proszę, nie trzeba o tym mówić. Nie lubię tego, to po prostu śmieszne. Jaka Mistrzyni Świata? Teraz te wszystkie konkursy są dla mnie jak bańki mydlane. A swoją szkołę Nefertari Danza bardzo kocham i ile Bóg da sił – będę ją prowadzić.

SZKOŁA TAŃCA

Opowiedz proszę, jak Ty sama uczyłaś się tańca. Jak powstał ten rosyjski sceniczny belly dance, który wykonujesz?

Sama nazywam ten styl „mutantem”. Według mnie prawdziwy belly dance jest tylko w Kairze, a w pozostałych krajach tańczy się takie „mutanty”, które powstają na lokalnym gruncie. Każdy kraj wnosi w ten taniec coś swojego. Uważam, że na tym polega rozwój i nie ma w tym nic złego. Staram się połączyć akademickie baletowe ręce z miękką orientalną plastyką bioder, co nie jest proste. To, że w Rosji pojawił się taki styl, jest zupełnie naturalne.
Na marginesie chciałabym zauważyć, że ja sama nie mam w sobie nic rosyjskiego. Moja mama jest w połowie Cyganką, w połowie Komi, a tato w połowie Ukraińcem, w połowie terskim Kozakiem. Wychowałam się w Republice Komi, w mieście Syktywkar i bardzo chciałam zostać artystką. Nie ważne, jaką. Nie miałam konkretnego celu, ale zawsze lubiłam tańczyć. Występowałam na każdym szkolnym przedstawieniu. Wszyscy nauczyciele mnie znali i jeśli było trzeba – stawiali trójkę z matematyki: „A, to ta, co tańczy! Czego się po niej spodziewać?”
W małym budynku, tonącym w zaspie, mieściła się nasza szkoła taneczna. Jeszcze we wczesnym dzieciństwie zaczęłam tam chodzić na lekcje baletu. Co roku przyjeżdżała tam komisja wybierać dzieci do leningradzkiej szkoły choreograficznej. Wybrali mnie i kilka innych dziewczynek, ale moja mama powiedziała – „Nie, nie puszczę jej!”.

Czy rodzice w ogóle popierali Twoje twórcze dążenia?

Dla mamy zawód artysty to nie żaden zawód. Jako dziecko wojny, mama zawsze powtarzała: „Lepiej żebyś była kucharką i przynosiła do domu kiełbasę”. Teraz, sama będąc matką, rozumiem jej niepokój o mnie. Zabrała mnie z zajęć gimnastyki artystycznej (”bo tam męczą”), nie puściła do szkoły choreograficznej, bo to daleko… Dopiero wiele lat później, kiedy stanęłam na nogi i kupiłam mieszkanie dzięki tańcowi, mama powiedziała: „To na tym da się zarobić?”.
Kiedy skończyłam szkołę , przeszłam wstępne kwalifikacje do Moskiewskiej Szkoły Cyrkowej i postanowiłam wyjechać do stolicy, mama też była przeciwna. Ale wtedy wtrącił się tata i powiedział: „Niech idzie swoją drogą”. Mój tata jest twórczym człowiekiem i wielkim organizatorem. Całe życie poświęcił sztuce, był dyrektorem to filharmonii, to teatru muzycznego, to teatru dramatycznego. Zawsze mnie wspierał, ale ja nie chciałam korzystać z jego pomocy. Chciałam sama coś osiągnąć, taki mam charakter.

Czy szkoła cyrkowa dała Ci to, czego pragnęłaś?

Pierwszy rok był bardzo ciężki, ponad siły. Oderwałam się od domu, rozpoczęłam straszne, głodne studenckie życie. Szara Moskwa przed pieriestrojką, wszystko pozamykane, wszystko zabronione. O 8.00 rano wszyscy już staliśmy w sali. Trafiłam na wydział estradowy, ponieważ byłam mała i chudziutka (ważyłam 44 kg. w wieku 14 lat). Zauważono we mnie zadatki na akrobatę-woltyżera. Zgodnie z programem trzeba było zaliczyć i akrobatykę, i żonglerkę, i linę, i ekwilibrystykę, i choreografię, i sztukę aktorską, i charakteryzację… Nawiasem mówiąc, na uczelni wszyscy, nawet wokaliści, musieli ćwiczyć przy poręczach baletowych. Mimo takiego obciążenia po pierwszym roku bardzo przytyłam. Ponieważ nie umiałam gotować, żywiłam się przeważnie smażonymi ziemniakami i białym chlebem obsmażanym w ubitym jajku. Tak się roztyłam, że powiedziano mi: „Moja droga, jeśli nie schudniesz, zostaniesz skreślona”. Za figurę bardzo często skreślali. Musiałam schudnąć.
Nie bardzo spodobała mi się specjalizacja akrobaty-woltyżera, ale w ciągu tych 4 lat nauki każdy student powinien odnaleźć swoje powołanie, spróbować wokalu, klaunady, wszystkiego co możliwe. I ja też szukałam. Nawet przez pół roku latałam na trapezie, stąd do tej pory mam szerokie, rozwinięte plecy. W rezultacie ukończyłam szkołę z dwiema specjalizacjami – hula-hop i stepowanie.

Belly dance z żonglowaniem, hula-hop i na trapezie jeszcze nie widzieliśmy!

Tak, mogłabym to wszystko zrobić, gdybym się postarała. Czasami o tym myślę. Ale tak naprawdę trzeba być fanatykiem cyrku, trzeba się w nim urodzić. A ja nie pochodzę ze środowiska cyrkowców. Cyrk nie jest moim powołaniem. Zrozumiałam to, kiedy w 1988 roku skończyłam szkołę i dostałam przydział do Władywostoku. Okazało się, że nie na tyle lubię hula-hopy, żeby dla nich znosić tę ogromną różnicę czasu, ciągłe ciemności, wilgoć i zimno. Po miesiącu uciekłam stamtąd i znalazłam się z powrotem w Syktywkarze. „No i czym się będziesz zajmować ze swoim dyplomem?” – zapytała mama z przekąsem.

I czym się zajęłaś?

Od dawna w mojej rodzinie dyskutowano o tym, że kiedy skończę szkołę, siostra taty, Aleksandra Strelczenko, weźmie mnie do swojego programu. To legendarna śpiewaczka, wykonawczyni ludowych pieśni. Dzięki jej protekcji jeszcze przez 2 lata uczyłam się stepowania w Rosyjskiej Pracowni Twórczej Sztuki Estradowej przy Zielonym Teatrze na WDNCh u Jurija Aleksandrowicza Gusakowa. Stworzył on dla mnie dwie choreografie: latynoamerykański „Tico-tico” i taniec w ludowym stylu z szalami i łyżkami.
Ale długo nie popracowałam z tymi układami. Jak tylko ukończyłam studio i moja książeczka pracy znalazła się w organizacji „Rosja-Koncert”, zaczęła się pieriestrojka. Zadzwoniono do mnie i powiedziano: „Proszę zabrać swoją książeczkę”. Wszystkie moje dyplomy, moje poodbijane nogi okazały się nikomu nie potrzebne. To samo spotkało większość artystów.

SZKOŁA ŻYCIA

Czy zdążyłaś pojeździć po świecie z programem cioci, jak zamierzałaś?

Tak, ale niewiele. Ciocia wzięła mnie nawet do Afganistanu. Daliśmy tam dwa koncerty: dla naszej publiczności i dla arabskiej. Kiedy stanęłam przed Arabami w swoim kostiumie z całkowicie odkrytymi nogami w elastycznych rajstopach, cała widownia zaczęła gwizdać i krzyczeć! Wszyscy ci mężczyźni w ludowych strojach pootwierali usta, zaglądali pod spódniczkę… Po prostu zmiotło mnie ze sceny. Ciocia okropnie mnie złajała: „Powinnaś stać na scenie do końca!” Ona nie widziała nic dziwnego w tym, że dziecko tańczy z gołym tyłkiem, zadzierając nogi, choćby nawet w kraju arabskim.

Można to uznać za Twój chrzest bojowy na orientalnej scenie.

Za ten wyjazd wszyscy członkowie naszej grupy dostali od prezydenta Afganistanu medale „Za odwagę”. Kabul był w tym czasie bombardowany. Miasto było w połowie zniszczone i straszne. Lecieliśmy tam wojskowym samolotem wśród skrzynek z amunicją, zakrytych siatką. Zupełnie jak w filmie o II wojnie światowej. Przed samym naszym przyjazdem w ambasadę trafiła bomba. Wleciała przez okno do tej sali, w której mieliśmy występować.
Przylecieliśmy do Afganistanu na kilka dni, ale zostaliśmy tam dłużej. Najpierw czekaliśmy na samolot, który nie przylatywał, a potem siedzieliśmy na walizkach i czekaliśmy na przerwę między bombardowaniami, kiedy będzie można wylecieć. Z powrotem lecieliśmy tylko my – ja, ciocia, dwaj bajaniści i załoga. Samolot wzleciał w górę ostrą spiralą i był ostrzeliwany rakietami świetlnymi… Pamiętam, jak strasznie się bałam.

Wątpię, żebyś została oczarowana Orientem podczas takiego wyjazdu.

Teraz wiem, że bardzo spodobały mi się wtedy tkaniny, kobiety chodzące w burkach, zapach, specyficzny dla krajów Bliskiego Wschodu. Ale Orientem zaraziłam się dopiero kilka lat później, na kontrakcie w Rumunii. Tańczyła tam Turczynka. Pomyślałam sobie: „Boże, co za kostium! Cały z pereł i koralików!” Wydał mi się czymś niesamowitym, królewskim. Turczynka pokazała mi kilka ruchów i podzieliła się ze mną muzyką. Kiedy wróciłam z Rumunii, zmajstrowałam sobie kostiumik, ozdobiony „anielskimi włosami” z choinki, i zaczęłam występować z tańcem orientalnym. Ale nie myślałam na poważnie o zarabianiu, póki w moim życiu nie pojawiła się córeczka, Sasza.

Jej pojawienie się było dla Ciebie niespodzianką?

Zawsze chciałam mieć dziecko i mówiłam: „Chcę córeczkę, chcę córeczkę. Za mąż nie wyjdę, ale córeczkę urodzę!”. I Bóg mi ją zesłał. Poznaliśmy się z mężem na koncercie: ja tańczyłam „Tico-tico”, a on śpiewał wspaniałym barytonem coś z repertuaru Franka Sinatry. Wszystko stało się tak szybko… Nie mieliśmy nawet wesela, tylko ceremonię w cerkwi. Zaszłam w ciążę… Z mężem mi się nie ułożyło: okazało się, że lubi wypić, a po pijanemu podnosił na mnie rękę. Szarpał mnie za włosy. A kiedy urodziła się Sasza, dowiedziałam się, że ma jeszcze jedną rodzinę, a tam jeszcze jedną córkę, rówieśnicę Saszy. Rozeszliśmy się z mężem i nastały te okropne lata, kiedy całe noce pracowałam w moskiewskich restauracjach.

Rozumiem, że to nie pragnienie sławy i nie ambicje twórcze kierowały Twoją karierą taneczną w tym czasie.

Zgadza się. Restauracje i kontrakty na Wschodzie – to nie była praca dla przyjemności, ale żeby przeżyć. Wielkie miasto, ty sama, bez stałego miejsca zamieszkania i nikomu nie potrzebna z dzieckiem. Nikt nie wesprze, nikt nie da chleba… To było straszne i psychicznie trudne do zniesienia. Byłam w ciągłej depresji, w myślach dochodziłam do samobójstwa. Oczywiście, w tamtym czasie najbardziej pomogła mi mama: przez pierwsze 3 lata praktycznie ona zajmowała się Saszą. Ja miotałam się pomiędzy Moskwą i Syktywkarem, a potem zabrałam córkę do siebie, do stolicy.

Porzuciłaś stepowanie i wszystko to, co wyniosłaś ze szkoły cyrkowej?

Tak, bo stepowanie to męski gatunek, nie taki prosty. Wymaga ciągłych treningów, a do tego potrzebna jest sala i odpowiednia podłoga… „Rosja-Koncert” już nie udostępniała artystom swoich sal na próby. Zabroniono nam nawet korzystać z Teatru Estrady, w którym mieliśmy oficjalną państwową bazę treningową. Poza tym ja skoncentrowałam się na zarabianiu, a taniec orientalny był o wiele bardziej dochodowy.

Opowiedz coś o orientalnych restauracjach, w których wtedy pracowałaś. Co to były za miejsca, co za ludzie, jakie były zarobki?

Przez prawie rok nie było mnie w Moskwie. Wyjechałam rodzić do mamy, bo bałam się męża i jego rękoczynów. Chciałam urodzić zdrowe dziecko. Póki byłam w ciąży, uszyłam sobie jeszcze jeden kostium, czerwony. Kiedy wróciłam, w mieście pojawiły się już oznaki pieriestrojki: zagraniczne towary, tureckie ciastka, likier migdałowy – ciężki, ale wszyscy go pili, bo to było modne. Otwarto kilka restauracji orientalnych. Pojawiło się więcej tancerek i wśród nich były gwiazdy: Ałła Kapłanowna, Roksana Dżenit, Walida i inne. To było mniej więcej w 1993-1994 roku.
Pierwszą moją restauracją była „Taganka-Blues”. Pracowałam tam około 5 lat i to właśnie dzięki niej przeżyłam. Było tam podwyższenie, na którym się tańczyło, i zawsze było mnóstwo ludzi. Nie było Arabów, ale zwykli klienci, dużo obcokrajowców.
Była jeszcze na Twerskiej „Liban Kabul Nasr”, bardzo sympatyczna restauracja z fontanną, którą prowadził jakiś arabski towarzysz. Pewnego razu spotkał mnie na Tagance i zaczął mnie wabić do swojego lokalu. Powiedział mi: „Tańczysz dobrze, ale nie tak. Przywiozę ci wideo i pokażę, jak trzeba”. Kaseta z Libanu, którą mi podarował, była bezcenna: Suhair Zaki, Fifi Abdou i cała elita tańca arabskiego w kolorze. Z tej pierwszej kasety zaczęłam uczyć się w domu. Wciągnięto mnie do „Liban Kabul Nasr” i zaczęłam pracować w dwóch miejscach.
Potem była arabska kawiarnia na WDNCh, w której administratorem była Walida Saczakowa. Pensja była niewielka, ale można było dostać dobre napiwki. Udawało mi się zarobić na opłaty, na jedzenie i na kostiumy. Na nianię już nie starczało, dlatego brałam dziecko do wózka – i ze sobą. A co miałam z nim zrobić? I tak jeździłam. W garderobie dziecko śpi w walizce, a na scenie mama tańczy z uśmiechem. Z czasem mogłam już zamiast pokoju na Paweleckiej, gdzie obok nas mieszkali jacyś kierowcy tirów i alkoholicy, którzy brudzili na korytarzu, wynająć jednopokojowe mieszkanie. Zrobiłam tam kosmetyczny remont, położyłam tapety, żeby dziecko miało czysto.
Kiedy Sasza podrosła, zostawiałam ją w domu. Często pytała mnie: „Mamo, gdzie idziesz?” Ja odpowiadałam: „Saszeńko, mama musi pracować. Jeśli teraz nie pójdę, nie będziemy miały co jeść.” Ona płakała, a mi rozdzierało się serce. Sama, pięcioletnia, w obcym mieszkaniu. Mama powinna jej czytać bajki, a mama idzie na noc do pracy. Wracałam nad ranem, przesiąknięta tytoniem, patrzyłam na jej zaczerwienione policzki. Płakała, aż usnęła. Ile razy tak było! Pytam ją czasem: „Pamiętasz coś z tego?” Nie pamięta. Ale to silna i wytrwała dziewczyna.

Czy córka towarzyszyła Ci na kontraktach zagranicznych?

Kiedy Ałła Kapłanowna Żanatajewa zaproponowała mi wyjazd do Kairu, do pracy w hotelu „Movenpic”, powiedziałam: „Tylko z dzieckiem. Inaczej nie mogę.” Wtedy jeszcze to było możliwe.
Kiedy skończyłam kontrakt w Kairze, zapytano mnie, czy nie chciałabym pracować w Jordanii. Zgodziłam się. Musiałam zarobić na kupno mieszkania dla mnie i Saszy, i udało mi się to. Co zabrakło – pożyczyłam. Kupiłam kawalerkę, weszłam do niej, objęłam ścianę i płakałam.

Więc wszystko nie poszło na marne! A co dała Ci praca na Wschodzie w sensie artystycznym?

Razem z Ałłą Kapłanowną wcześniej przygotowywałyśmy program, szyłyśmy kostiumy, nagrywałyśmy muzykę, ale i tak miałam słabe pojęcie o tym, co mnie czeka na miejscu. Egipska publiczność przyjęła mnie okropnie, bo za bardzo się spieszyłam, jak wszystkie Rosjanki. Tam widz daje ci konkretną szkołę – jeśli się nie podobasz, po prostu się odwraca. Jordania w tym planie jest mniej wymagająca, bo tam występuje się głównie dla turystów. Kair podpowiada, że potrzebny jest spokój, taniec powinien być wolny, kobiecy. Tańczyłam też na weselach. Z początku popełniałam wiele błędów: okazało się, że ważny jest kontakt z widzami, trzeba brać na ręce ich dzieci, fotografować się z nimi, żeby nie robić wrażenia zimnej cudzoziemki. Myślę, że gdybym dłużej tam pracowała, wciągnęłabym się w arabski styl.
Kair hartuje. Jeśli jechać gdzieś po naukę tańca arabskiego, to tylko do Kairu. Ale żeby tańczyć po egipsku, trzeba mieszkać w Egipcie na stałe. Kiedy się stamtąd wraca, mimo wszelkich starań traci się arabizm. Tam jest inne powietrze. Tego się nie da przywieźć. Gdybym tam mieszkała, bez wątpienia żyłabym zgodnie z prawem sceny. Ale ja rozwijam nieegipski styl tańca, dlatego że mieszkam w Rosji.

ŻYCIE SZKOŁY

Jeśli czytelnicy zechcą się u Ciebie uczyć, czego mogą się spodziewać? Czy uczysz folkloru, sztuki aktorskiej? Improwizujecie na zajęciach, czy ćwiczycie układy?

Folklor, podobnie jak emocje w arabskich pieśniach – to nie mój styl. Jako pedagog powinnam to przybliżyć moim uczniom, ale nie koncentruję się na tym. Lubię przede wszystkim muzykę instrumentalną. Tańce grupowe mnie nie interesują. Improwizacja też nie – uważam, że zanim się zacznie improwizować, trzeba wiele rzeczy wyuczyć i wytańczyć. Na początku trzeba się roztańczyć, przyswoić sobie bazową technikę, podstawy. Potem można z tego ulepić, co tylko się zechce i rozwijać się dalej, pod okiem dowolnego pedagoga.

Jak zazwyczaj wyglądają zajęcia w Twojej szkole? Jak jest ułożony program?

Uważam, że najpierw należy porządnie rozgrzać ciało, żeby serce dobrze pracowało, rozciągnąć mięśnie. Wymyśliłam specjalną rozgrzewkę do zajęć i stosuję ją od kilku lat z każdym pokoleniem uczniów. Kiedy wszyscy są już mokrzy, zaczynamy powtarzać to, co było na poprzednich zajęciach. Potem uczymy się różnych kombinacji i wielokrotnie je powtarzamy. Początkującym na każdych zajęciach daję po 2-3 nowe ruchy i zadanie domowe.

Ogłaszasz swoją szkołę jako profesjonalną. Co zawierasz w tym pojęciu?

Nie jest to instytut ani liceum. Nie mam prawa organizować egzaminów wstępnych, oceniać rezultatów i wydawać dyplomów. Jednak w profesjonalny sposób przekazuję materiał i wymagam, żeby ludzie adekwatnie odnosili się do nauki. Sportowcy, artyści cyrkowi i baletowi mają to podejście we krwi: przychodzą do sali wcześniej niż pedagog, stoją grzecznie przy poręczach, słuchają nauczyciela. Kiedy tworzę nową grupę, od razu na pierwszych zajęciach wyjaśniam, że prowadzę szkołę tańca, a nie klub zainteresowań i chciałabym, żeby wszyscy pracowali nad sobą z pełnym zaangażowaniem, a nie przychodzili na kawę po zajęciach. I że przy właściwym podejściu, za jakiś czas osiągną dobre rezultaty.
Początkowo nie podobało mi się, że wiele osób przychodzi po to, żeby schudnąć albo się rozerwać. Potem zmiękłam. Do wielu spraw podchodzę teraz z większym spokojem. Ale niektórych rzeczy nie toleruję w mojej szkole: plotkarstwa, chamstwa, kłótliwości. I braku szacunku do nauczyciela.

Nataszo, jesteś przecież osobą znaną i zasłużoną. Czyżbyś jeszcze spotykała się z takimi zachowaniami?

Niestety, czasami ludziom trzeba przypominać o elementarnych normach zachowania. Na przykład o tym, że trzeba mówić „dzień dobry” i „do widzenia”, że trzeba się zwracać na „pani”, nie na „ty”. Sama zawsze zwracam się na „pani” do nieznajomych, bez względu na ich wiek. Nie lubię, kiedy młode dziewczynki, które przychodzą się uczyć, nagle zwracają się do mnie per „Natasza”. Może i wyglądam młodo, ale dla niektórych powinnam już być panią Natalią Anatoliewną! Mówię wtedy: „Przepraszam, czy my się znamy? Nie? W takim razie bardzo bym prosiła, żeby zwracać się do mnie „pani”, będzie mi bardzo miło.” Staram się to mówić bardzo uprzejmie, bo ludzie są dumni i obraźliwi.
Świeży przykład. Na warsztatach w Sankt-Petersburgu uczymy się choreografii. W pierwszym rzędzie, zaraz naprzeciwko mnie, stoi dziewczyna i wykonuje wszystkie ruchy byle jak, od niechcenia. Dzwoni jej telefon, ona przechodzi przez dwa rzędy do parapetu i krzyczy na całą salę „Haloooo!” Dzwoni drugi raz – to samo. Za trzecim razem wzięła telefon i wróciła na swoje miejsce. Rozmawiała i tańczyła. Opanowałam się i nic na to nie powiedziałam. Wcześniej pewnie bym ją upomniała, ale z wiekiem i doświadczeniem człowiek staje się spokojniejszy i mądrzejszy. Trzeba mieć cierpliwość. Jednak ten epizod był według mnie wyższym przejawem braku szacunku do pedagoga i do tych ludzi, którzy stali obok. Kiedy przychodzisz prowadzić lekcję, chcesz widzieć w oczach ludzi zainteresowanie, a nie łaskę. Tak, nie robię nic wyjątkowego, chociaż mam trudny styl. Jeśli komuś się nie podoba – lepiej nie przychodzić, żeby nie psuć nastroju ani sobie, ani nauczycielowi.

Może jest sens uczyć tancerki od dziecka? Żeby prawidłowo ustawić im i plecy, i ręce, i rozum?

Myślałam o tym. Chociaż nigdy nie pracowałam z małymi dziećmi i raczej nie będę. Nie lubię dziecięcego belly dance. Uważam, że to jest rozrywka dla mamy i taty. Ale myślę, że dobrą tancerkę można wychować, zaczynając ją uczyć w wieku 12-13 lat. Wcześniej ona jeszcze nie czuje swojego ciała. Formować ją przez jakieś 3 lata, wpajać jej, że trzeba pracować, że nie wolno „gwiazdorzyć”, nauczyć ją zdrowej rywalizacji, radości w prezentacji tańca. Na podstawie tego wszystkiego powstanie z niej dobra dziewczyna – to najważniejsze. A dalej – co Bóg da.
W Rosji jest teraz ogromna armia belly dance, w większości są to piękne i oślepiająco piękne dziewczęta. Wiele talentów, wspaniałe kostiumy… Gdyby do tej ich urody dodać jeszcze błysk w oku – byłyby bezcenne. Ale to nie może być błysk agresji. W tańcu arabskim nie ma agresji.

POZA KONKURENCJĄ

Uważasz, że rosyjskie środowisko taneczne jest agresywne?

Przeżywamy teraz jakiś szczyt agresji. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej. Zaczęłam jeździć do innych krajów, więc mam porównanie. Festiwal w Izraelu przyjemnie mnie zaskoczył. Ludzie z całego świata, bardzo różni, wszyscy radośni, kontaktowi, podchodzą do siebie, wymieniają się wizytówkami, wszyscy pozytywnie nakręceni. Żadnych złych spojrzeń.
Byłam w Hiszpanii, we Włoszech, w Korei – tam ludzie są bardziej powściągliwi, ale też bardzo dobroduszni. Nawet zmiana rzędów podczas warsztatów odbywa się tak spokojnie i uprzejmie! Takiej agresji, jak u nas, nie ma nigdzie. Nie wiem, po co wszyscy tak się gryzą? Przecież każdy ma swoje miejsce na tej ziemi.

Może ludzie po prostu lubią się gryźć?

Jeśli tak, to okropne.

Czyli można powiedzieć, że nie chcesz rywalizować w tej niezdrowej atmosferze? Czy opinia publiczna miała swój wpływ na to, że chcesz odejść ze sceny?

Ja nie mam konkurencji, więc z nikim nie rywalizuję. Wydaje mi się, że jestem już w takim wieku, że tańczę to co chcę i jak chcę. Przecież nie pójdę na konkurs po medal za arabizm.
Gdybym powiedziała, że nie dotykają mnie komentarze w internecie, przesadziłabym. Fora są dobre, podtrzymują atmosferę. Ale, niestety, są w 80% zaśmiecone anonimowym negatywem. Czasami chciałabym komuś odpowiedzieć, ale jak można korespondować z anonimem? Wolę rozmawiać patrząc w oczy – wtedy i ton jest jasny, i osobowość rozmówcy. Może w ogóle nie ma sensu z nim dyskutować.
Mam takie podejście. Kto to wszystko pisze? Ten, kto sam nic nie robi. Prawdziwie twórczy człowiek zajmuje się sobą – gdzieś grzebie, coś tworzy, męczy się i wątpi. Nie ma czasu siedzieć i czekać, aż ktoś popełni błąd.

Czy zdarza się, że Twoje występy są krytykowane i wynosisz z tej krytyki jakiś pożytek?

Czy wystąpiłam dobrze czy źle – nie oni będą sądzić. Ja przecież też nie chodzą na budowę i nie mówię: „Źle kładziecie cegły! Kładźcie bardziej w lewo!” Zajmujcie się swoimi sprawami, przecież nawet nie należycie do tej dziedziny. Mam kompetentnych ludzi, których się radzę. I to są dla mnie najważniejsze rady.
Poza tym ja też jestem żywym człowiekiem i też popełniam błędy. Zawsze staram się przeanalizować sytuację i zrozumieć, dlaczego powiedziano to czy tamto. Zachować spokój pomagają mi książki ezoteryczne i filozoficzne, które czytam. Siergiej Nikołajewicz Łazariew, Walerij Sinielnikow – bardzo wszystkim polecam, totalny przewrót światopoglądu. Staram się wybaczać krytykom i w duchu prosić ich o wybaczenie. To nie jest łatwe, ale konieczne. Chcę żyć długo.

To znaczy, że krytycy i nieżyczliwi wyświadczają Ci przysługę – pobudzają do samodoskonalenia.

Tak. Los zsyła nam każdego człowieka nie tak po prostu. Każdy wnosi w nasze życie konkretną informację, trzeba tylko umieć ją odczytać. Przychodzimy na ten świat, żeby się uczyć, a nie kląć.

A czy widzowie mają prawo Cię chwalić?

Nie mówię, że powinni mi śpiewać pieśni pochwalne. Nie można popadać ze skrajności w skrajność. Powiedzcie po prostu „dziękuję” i to wystarczy. Bądźcie życzliwi, towarzysze! Przynajmniej nie plujcie! Przecież tylko wam będzie od tego gorzej. Trzeba pamiętać, że gniew, obraza i wszelkie negatywne uczucia mają niszczący wpływ na zdrowie i los człowieka.

Czym oprócz szkoły będziesz się zajmowała, kiedy odejdziesz ze sceny? Nauczysz się czegoś nowego? Będziesz siedzieć w domu?

W ogóle nie rozumiem, jak można „siedzieć w domu”. Nawet kiedy jestem w domu, zawsze mam jakieś zajęcie. Moje domowe przezwisko to „Szop pracz”, dlatego że bardzo lubię się krzątać. Mam rodzinę, dwa psy, ciekawe książki, jogę. Świat jest bardzo różnorodny. Nie koncentruję się wyłącznie na tańcu orientalnym. Poza dyplomami szkoły cyrkowej i studia sztuki estradowej, mam jeszcze świadectwa fryzjerki szerokiego profilu, specjalistki od nakładania akrylowych paznokci, a nawet stewardessy.
Co będzie jutro – nie wiem. Może sprawię sobie milion labradorów i założę hodowlę. Może wyjadę na Goa. Zrobię to, co podyktują mi uczucia. Lubię też prawosławne świątynie i klasztory. Byłam niedawno w klasztorze i bardzo mnie pociąga takie życie. Na dzień dzisiejszy raczej nie chciałabym odejść w zamknięcie. Ale kto wie, może na starość pójdę gotować postny barszcz dla mniszek? Zupy to też moja specjalność, więc dlaczego by nie?

Ориенталь, лето 2009, str. 7-17.

Tłumaczenie: Miranda

nauka tańca

zapisy

———————————————————————————————————————————————————————————

Tatiana Dorosz: zawód – człowiek

Z cyklu „Nasi Mistrzowie” – wywiad z Tatianą Pawłowną Dorosz, znakomitą instruktorką i tancerką Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego, którą miałyśmy niezwykłą przyjemność poznać we Lwowie zarówno na warsztatach z folkloru, które prowadziła, jak i w ławie sędziowskiej konkursu, na którym nas sędziowała. Przetłumaczyłam dla was wywiad z ta ciekawą osobą. Monika Denda

Dziękujemy ci Moniko- jesteś niezrównana.Tatiana zachwyciła nas swoją osobą- warsztaty z beledi były ciekawe- masa wiedzy i praktycznych wskazówek- Iwona Torbicka

Zachęcam do lektury:

Chociaż lipiecka szkoła tańca orientalnego jest jedną z największych profesjonalnych, cieszących się autorytetem szkół w Rosji, jej kierowniczka nazywa siebie „absolutną amatorką” w tańcu. Rzeczywiście, szkoła „Perła” („Żemczużyna”) stanowi dla Tatiany Pawłowny Dorosz swego rodzaju hobby na dużą skalę. Swój czas dzieli ona pomiędzy medycynę i taniec, a serce w całości oddaje ludziom z którymi pracuje: pacjentom i uczniom. W Lipiecku znają ją wszyscy. Kiedy wsiada do trolejbusu – każdy się jej kłania. Dowiedzmy się również i my czegoś więcej o człowieku, którego surowy wzrok śledzi nas z komisji sędziowskiej każdego znaczącego konkursu tanecznego.

Tatiana Dorosz zaczęła tańczyć w wieku 3 lat. Jej dziadek, dyrektor instytutu kultury uważał, że dziewczynka powinna być harmonijnie rozwinięta, tak więc od wczesnego dzieciństwa zajmowała się ona sztuką: śpiewem, grą na akordeonie, rysowaniem i tańcem. Po zakończeniu szkoły chciała poświęcić swoje życie sztuce, ale rodzice nie pozwolili jej wstąpić do instytutu kultury – mama stwierdziła, że to niepoważne. Z uczciwie zdobytym znakomitym świadectwem Tatiana mogła się dostać na dowolną uczelnię. Wybrała medyczną, aby posiąść sztukę leczenia i uniknąć losu nauczyciela, jak wcześniejsze 5 pokoleń w jej rodzinie. Teraz w jej życiu znalazło się miejsce i na medycynę, i na sztukę, i na nauczanie. Oto rezultaty harmonijnego wychowania.

Czasem myślę sobie, jak ciekawie składa się los – czasem po mojej woli, czasem nie… Kiedy stworzyłam „Perłę”, występowaliśmy z zespołem na koncercie dobroczynnym w centrum gerontologii (nauki o procesach starzenia się – przyp. tłum.), będącym wówczas internatem dla ludzi w podeszłym wieku. Był to koncert połączony z wykładem o historii tańca. Dzieci tańczyły taniec orientalny, i ja sama też sobie trochę podrygiwałam. Dyrektor tego internatu zobaczył mnie wtedy i zainteresował się. Przez pół roku chodził za mną i namawiał, żebym przyszła do niego do pracy jako jego zastępca. Nawet nie wiedział, że jestem lekarzem. Myślał, że jestem profesjonalną tancerką. Przecież do pracy w służbie socjalnej nie jest potrzebne wykształcenie medyczne; ta praca wymaga przede wszystkim określonych cech charakteru – i on je we mnie dojrzał. Kiedy wreszcie po długich rozmowach zgodziłam się, przejrzał moje wykształcenie i dowiedział się, że mam za sobą i wyższe wykształcenie medyczne, i ordynaturę kliniczną, i pracę terapeuty w przychodni onkologicznej w ciągu ostatnich 12 lat. W 2001 roku zatrudniono mnie na stanowisku zastępcy dyrektora, a rok temu, w grudniu, zostałam dyrektorem.

Teraz jestem lekarzem kierownikiem obwodowego centrum gerontologii. Mam 155 staruszków – stałych mieszkańców, plus tymczasowy oddział protetyki, gdzie trafiają trudne przypadki diagnostyki i osoby świeżo po amputacji kończyn. Na tym oddziale są też dzieci. Amputanci dostają od nas najnowocześniejsze protezy. Przybywają do nas, my w ciągu miesiąca robimy im protezy, oni uczą się na nich chodzić i wychodzą od nas już o własnych siłach.

Co roku organizujemy w naszej klinice przegląd działalności. Układam mieszkańcom choreografie, a oni tańczą rosyjskie tańce ludowe.

Tak więc w pierwszej połowie dnia Tatiana Pawłowna kieruje centrum gerontologii, a w drugiej – szkołą taneczną. Lipiecka Obwodowa Organizacja Społeczna „Klub Tańców Narodów Świata „Perła”” w grudniu kończy 5 lat. Na dzień dzisiejszy uczy się tam 212 kobiet w wieku od 8 do 74 lat. W szkole są 3 poziomy nauczania: początkujący, drugi rok nauki i zaawansowany. Funkcjonują ulgi rodzinne: kobiety z jednej rodziny płacą jak za jedną osobę. Mama, babcia i wnuczka, albo trzy siostry – płacą 200 rubli miesięcznie za 3 zajęcia w tygodniu i chodzą na nie razem. Absolwentki szkoły, Julia Szyszkina i Żenia Szewczenko już otworzyły własne szkoły w Lipiecku.

Sama zajmuję się tańcem orientalnym nie tak długo – od 1996 roku. Wcześniej przez 6 lat uprawiałam jogę w szkole guru Ar Santema i w naszej grupie stosowano taniec orientalny w charakterze gimnastyki. Zawsze pociągał mnie orient, tańce orientalne, ale nie było skąd czerpać o nich wiedzy. Ucząc się tańców ludowych, przede wszystkim rosyjskich, i klasyki, cały czas wyszukiwałam informacje o tańcu orientalnym w różnych źródłach: materiałach wideo, książkach, ale nie miałam przed oczami żywego nauczyciela. I kiedy w 1996 roku do Lipiecka przyjechała z seminarium Irina Czernikina i pokazała nam co to jest, wszyscy, oczywiście, byliśmy zachwyceni.

Jesteśmy wszyscy bardzo wdzięczni Irinie Czernikinej. Myślę, że nauczanie w Lipiecku było dla niej swego rodzaju bohaterskim wyczynem – jeździła do nas przez 2 lata, raz na dwa tygodnie, prowadziła zajęcia dwa dni z rzędu po 4-5 godzin. Faktem jest, że założenie szkoły w Lipiecku to jej zasługa.

Tak w ogóle to początkowo nie planowaliśmy zakładać szkoły ani zespołu. Planowaliśmy założyć żeński klub zainteresowań, a taniec orientalny miał być jednym z jego kierunków. Planowaliśmy się zbierać, omawiać swoje sprawy, mieliśmy różne wykłady: o wizażu, o kobiecości, zapraszałam joginów, perfumerów… W tym klubie prowadziłam taniec orientalny. Powoli wszystko pozostałe zeszło na drugi plan i został tylko taniec. Chociaż w weekendy nadal odbywają się u nas spotkania z ciekawymi ludźmi. Niedawno był pułkownik z moskiewskiej szkoły przetrwania. Uczył, jak prawidłowo zachowywać się na ulicy. Dziewczęta z firm kosmetycznych opowiadają o zasadach makijażu, przychodzą krawcowe… jest bardzo dużo kierunków. Wszystko, co interesuje kobiety.

„Perełki” rozwijają się w trudnych warunkach. Ćwiczą w sali do boksu, a i tam nie wystarcza godzin. W grupie początkujących jest teraz 127 osób (tak! wzdychajcie, kapryśni moskwiczanie!) Pytam Tatianę Pawłownę, czy nie pomaga jej administracja miasta. Mogliby chociaż zapewnić pomieszczenie. „Nie, – odpowiada – W Lipiecku uważają, że propaguję kulturę obcą rosyjskiej prowincji. Nie chodzi o to, że mnie przeganiają, ale, powiedzmy, nie uznają. Nie wspierają.” Oczywiście, zadałam naiwne pytanie. Ale przecież w istocie Tatiana Pawłowna z powołania duszy prowadzi ze staruszkami, kobietami i dziećmi tę pracę socjalną, którą władze miejskie powinny się zajmować z obowiązku służbowego.

Mam dużo emerytek, około 20 osób. W większości są to kobiety wykształcone, bardzo inteligentne, strasznie je wszystkie kocham. Na naszych konkursach w Lipiecku specjalnie dla nich wprowadziłam kategorię „Mądra Kobieta” – dla pań po 50-tce. I one wszystkie dwa razy do roku biorą udział w konkursach, szyją kostiumy, tańczą w miejscowej telewizji, gdzieś w swoich klubach. Na przykład, jedna z nich jest członkinią klubu fotograficznego i wykonuje tam taniec orientalny. Inna jest malarką, tańczy dla swoich malarzy, i tak dalej.

Moja najstarsza uczennica ma 74 lata. Rozalia Stiepanowna Raboczaja. Na każdych swoich urodzinach wykonuje taniec brzucha, zaskakując swoich rówieśników. Niesamowita kobieta. Uprawia jogę, śpiewa w chórze weteranów, tańczy taniec brzucha, jej mąż jest bardem, gitarzystą, mają syna. Absolutnie wspaniała rodzina, niezwykle się kochają. Ona jest dla mnie jak sztandar. Mówię jej: „Twoje życie jest wzorem dla każdej kobiety”. Skończyła Uniwersytet Lwowski, jest ekonomistką z wykształcenia, weteranką pracy… Dzielna kobieta!

Otaczają mnie właśnie tacy ludzie. Wiem, że jest i inny kontyngent, ale wokół mnie zbierają się właśnie tacy. Chyba po prostu mam do nich szczęście.

Bardzo niewiele szkół tańca orientalnego w Rosji pracuje z dziećmi, i można to zrozumieć. Dziewczynki nie mają jeszcze ani takiego ciała, ani uczuć, przy pomocy których wykonuje się taniec orientalny. Nie do końca wiadomo, jakich ruchów je uczyć, a jakich nie, od jakiego wieku można zacząć z nimi pracować itd. Jednakże w Lipiecku z dziećmi pracuje się od dawna i to z powodzeniem. Lipieckie dzieci są szczególnym zjawiskiem. To jest już marka. „O,  lipieckie dziewczynki”, – mówią z przekonaniem widzowie na każdym konkursie, kiedy widzą charakterystyczną technikę i choreografię. Z „lipieckich dziewczynek” wyrosły słynne tancerki Irina Popowa i Jekatierina Polikarpowa. Wschodzące gwiazdki Wiktoria Afanasjewa i Elena Pieszechonowa – to też wychowanki Tatiany Dorosz. Próbuję poznać sekret, jak im się to w Lipiecku udaje.

Przyjmuję do grup dziewczynki od 8-9 lat, to jest minimalny wiek dla grupy. Czasem przyprowadzają mi zupełne maleństwa, ale z nimi pracuję tylko indywidualnie. Mimo wszystko uważam, że najlepszy wiek dla rozpoczęcia zajęć z tańca orientalnego to 12-13 lat. W tym wieku dziewczynki formują się fizycznie, zaczyna się miesiączka, pojawia się kobiecość. Zresztą w Egipcie dzieci zaczynają naukę w wieku 6 lat i wcale im to nie szkodzi.

Zarzucać maluchy wszystkim, co istnieje w tańcu orientalnym uważam za amoralne. Mniej więcej do 13 lat taniec jest dla nich zabawą. Zabawą w księżniczki, wróżki, kwiatuszki, bohaterki z filmów itp. To jest wspaniałe i trzeba to rozumieć. Wprowadzam do nauki elementy zabawy. Tworzymy obrazy: tańczymy jak niedźwiadek, jak ptaszek, obłoczek… Uczymy się wyrażać różne stany: na przykład lekkość, strukturalność. Wybieram dla nich muzykę, w której nie ma mowy o sprawach seksualnych. Omawiamy też ludowe style, jak saidi z laską, czy halidżi, opowiadam im o różnych rytmach. Tworzymy tańce żartobliwe, zabawowe, tańczymy w szarawarkach i topikach. W grupie dzieci stoją obok dorosłych, ale pracę choreograficzną przeprowadzamy z nimi oddzielnie.

Lipieckie dziewczęta wyróżniają się nie tylko charakterystyczną techniką i choreografią, ale i wyglądem. Istnieje specyficzna lipiecka moda na kostiumy. Wszystkie kostiumy, w których występują dziewczynki, są szyte przez ich mamy. „Lenka Pieszechonowa ma zielony kostium – to dzieło dwóch mam, mamy Ani Surkowej i mamy Leny, – opowiada Tatiana Pawłowna. – Razem wymyśliły te kwiaty, ten top, żeby kostium nie był wulgarny, nadmiernie seksowny. Żeby Lena nie wyglądała w nim jak mała kobieta, a jak dziewczynka. To wszystko było przemyślane”.

Tak, za wszystkimi „lipieckimi dziewczynkami” czuć aktywne mamy. My, dorośli, możemy pozazdrościć. Też by się chciało, żeby ktoś wystroił, uczesał, zawiózł na konkurs, a potem jeszcze złajał sędziów za niesprawiedliwe oceny. Jednak Tatiana Pawłowna mówi, że taneczne dzieciństwo nie jest takie znowu beztroskie, tak więc nie będziemy się spieszyć z narzekaniem na los.

Z rodzicami jest bardzo dużo problemów. Najbardziej typowy to mamine ambicje. Kiedy mama życzy sobie, żeby dziewczynka została gwiazdą i to najlepiej od razu. A dziewczynka, na przykład, nie ma danych, albo nie bardzo chce, albo w ogóle jeszcze się nie zdecydowała, kim zostanie w życiu. Próbuję wyjaśnić mamie, że dziecko powinno się rozwijać, że ma swoją drogę w życiu, nie wolno nakładać na nie swojej siatki pojęciowej i kierować w inną stronę. Z trudem wychodzę z takich sytuacji. Mama sama tańczy, szyje dziewczynce kostiumy i mama się wciąga: chce miejsc, miejsc na konkursach! To jest okropne, najgorszy wariant.

Bywa i na odwrót: dziecko bardzo chce, a mama mówi, że to niepoważne i w ogóle lepiej się tym nie zajmować. Czasem, gdy rodzice dowiadywali się, że dziewczynka przyszła do mnie na zajęcia, mówili: „To jest taniec prostytutek, tam przygotowują do restauracji” i zabierali dziecko z grupy. To też jest skrajna pozycja. Żadne wyjaśnienia nie pomagały, nie udawało się rozwiązać problemu. Te dzieci odchodziły.

Są jeszcze tatusiowie ze wschodu – Ormianie, Azerbejdżanie i inni. Oni z reguły nie są przeciwni, żeby dzieci tańczyły. Są przeciwni, żeby dzieci gdzieś występowały. Mówią tak: „Proszę bardzo, niech się uczy, ale tańczyć będzie dla swojego męża, jak dorośnie”. Przychodzą niezwykle utalentowane dziewczynki, uczą się indywidualnie, ale nie mogę ich nigdzie wystawić.

Najlepszy wariant jest wtedy, kiedy mądra mama rozumie, że dziewczynka chce się rozwijać w tym kierunku i że trzeba jej pomóc.

Tatiano Pawłowno, przez pani ręce przewija się tylu ludzi, i po tym, jak pani o nich opowiada widać, że jest pani szczerze zaangażowana w życie każdego z nich. Są ludzie, którzy oddzielają stosunki zawodowe od osobistych, ale rozumiem, że pani do nich nie należy. Ale przecież w świecie tanecznym i medycznym pracuje pani z taką ilością osób – są ich setki! Naprawdę pani to nie wyczerpuje, nie męczy?

Nie, to jest moje życie, ja tym żyję. Jeśli nie będzie „Perły”, na pewno umrę. To naprawdę jest moje życie, innego nie mam. Moje życie osobiste to dwóch synów. Są już dorośli, jeden ma 27 lat, jest żonaty, drugi ma 22 lata. Żyją już swoim życiem, a mnie znoszą. Andriej, młodszy, burczy – „Wszyscy mają normalne mamy, które smażą naleśniki w kuchni, a ty się szwendasz wieczorami nie wiadomo gdzie.” Ale mnie kochają, chronią, bardzo mi pomagają, czasami wychodzą po mnie wieczorem. „Mamuś, jakby co – od razu dzwoń, to przyjdziemy” – tak mówią. W ogóle wydaje mi się, że mnie rozumieją. W każdym razie nie miewamy konfliktów z powodu tego, że w moim mieszkaniu do pierwszej w nocy tańczą dziewczynki. Znoszą to, już się przyzwyczaili. Odpowiadają na telefony. A co mają robić?

Z Tatianą Dorosz rozmawiała Maria Kriżanowskaja.

Tłumaczyła – Monika Denda

Tekst oryginału – http://bellydance.ru/stars/pearl.shtml

nauka tańca

zapisy

———————————————————————————————————————————

Elena Ramazanowa
Na Pucharze Ukrainy w styczniu 2010 r miałyśmy okazję  zetknąć się osobiście i zachwycić wyjątkową osobą, jaką jest Elena Ramazanowa. Nasza Miranda , postanowiła przetłumaczyć wywiady z tą inspirująca tancerka i znakomitym pedagogiem. Elena jest bardzo cenioną  choreografką.

PRAWDZIWA MIŁOŚĆ ELENY RAMAZANOWEJ

Czy to prawda, że koryfeusz rosyjskiego belly dance, znakomity choreograf i prezes Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego, Elena Ramazanowa, nie ma dyplomu z choreografii?

E.R.: Musiałam zgłębiać tajniki tańca w praktyce. Urodziłam się w Norylsku i tam ukończyłam 10-klasową szkołę. Od wczesnego dzieciństwa zajmowałam się gimnastyką i choreografią w dziecięcym zespole. Miałam wielkie marzenie żeby zostać aktorką i grałam charakterystyczne i taneczne role w dziecięcym teatrzyku. Na regionalnym przeglądzie talentów zdobyłam dyplom pierwszego stopnia i postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Początkowo wszystko szło dobrze, przeszłam do trzeciego etapu rekrutacji do szkoły teatralnej w Leningradzie. Egzaminowała mnie aktorka Larysa Iwanowna Malewannaja. Ale kiedy komisja stanęła przed dylematem, czy wybrać mnie, czy inną dziewczynę z tą samą liczbą punktów – to nie mnie wybrała (i z tym się zgadzam). Przejęłam się i wyjechałam do Moskwy, przygotowywać się do kolejnego podejścia w następnym roku. Żeby dostać miejsce w akademiku wstąpiłam do zawodówki budowlanej. W następnym roku znów zdawałam, znów doszłam do trzeciego etapu i znów mi się nie udało…
Z tańca nie mogłam zrezygnować – tańczyłam od dziecka. Moją największą miłością były tańce indyjskie z filmów. Po 20 razy chodziłam do kina na każdy indyjski film, nagrywałam muzykę na magnetofon i w domu uczyłam się tańców. Sama szyłam sobie stroje i występowałam wszędzie z tańcami w stylu Bollywood. Ojciec zaraził mnie pasją fotografowania i zamiast tapet w moim pokoju wisiały zdjęcia indyjskich gwiazd.
W Moskwie wyszłam za mąż i zaczęłam tańczyć w zespole przyjaciela mojego męża – choreografa Wasilija Szwarina. Po pewnym czasie powstała u nas grupa trzech dziewcząt – same wymyślałyśmy sobie choreografie, szyłyśmy kostiumy i tańczyłyśmy w nocnych klubach i restauracjach. Tak się złożyło, że mam wyjątkową pamięć choreograficzną i momentalnie chwytam manierę tańca i leksykę. To pomagało mi w tworzeniu zupełnie odmiennych choreografii – od kabaretu po folklor.

Eleno, osiągnęła Pani bardzo dużo w swoim zawodzie: ma Pani własny styl, wspaniałą energetykę i fantazję. Tworzy Pani bardzo trudne i ciekawe układy. Ale przecież nie od razu doszła Pani do tańca arabskiego. Jak to się stało, że związała Pani swoje życie z belly dance?

Nasz moskiewski zespół został po raz drugi zaproszony na kontrakt do Bułgarii, ale przez papierkową robotę musieliśmy długo czekać na pozwolenie i akurat przypadkowo trafił nam się kontrakt do Kairu. Pierwsze wrażenie z Egiptu było lekko przerażające – całkowity brak cywilizacji w moim rozumieniu, brudne ulice Kairu, dziwni ludzie, ale po przyjeździe do hotelu „Ramada” kamień spadł nam z serca. Jeszcze nie widzieliśmy takiego wspaniałego pięciogwiazdkowego hotelu! Wszystko było na najwyższym poziomie! Nasz zespół spędził na kontrakcie kilka miesięcy. Mieliśmy w repertuarze tańce ludowe (cygańskie, rosyjskie, hiszpańskie) i numery z nowoczesną choreografią w stylu kabaretowym.
Nasz kolejny kontrakt był w Aleksandrii. W wolnym czasie chodziłam oglądać występy „bellydancerki” z Maroka, występującej z wtedy jeszcze początkującym piosenkarzem Mustafą Omarem. Bardzo mnie zachwycił belly dance w jej wykonaniu i kupiłam od niej dwa profesjonalne kostiumy za zawrotną, jak na tamte czasy, sumę. Zaczęłam samodzielnie ćwiczyć i po powrocie do Moskwy najęłam się do restauracji „Al Sham”. Cała ta historia przypominała trochę anegdotę o studencie, który w ciągu jednej nocy nauczył się chińskiego. Taniec arabski tylko na pierwszy rzut oka jest nietrudny – w rzeczywistości zgłębiać jego subtelności i niuanse można przez całe życie.
Tak zaczęła się moja kariera tancerki belly dance. Tańczyłam w moskiewskich restauracjach „Al Sham”, „Ashar”, „1000 i 1 noc”. Przez pewien czas tańczyłam też z zespołem, nie tylko solowe tańce arabskie, ale i ludowe. A potem nasz zespół został zaproszony do hotelu „Shepard” w Kairze, i stamtąd wyjechałam już na swój pierwszy profesjonalny kontrakt – tańczyć belly dance w Emiratach Arabskich, w hotelu „Al-a-Inn Hilton”.

W wywiadach wiele tancerek woli wspominać tylko o pięciogwiazdkowych hotelach, tak jakby praca w innych była jakimś piętnem na karierze.

Mogę powiedzieć o sobie. Dużo pracowałam w pięciogwiazdkowych klubach przyhotelowych, ale zdarzało mi się pracować i w zwykłych klubach. Nie miejsce świadczy o człowieku. Żaden pięciogwiazdkowy klub nie da takiego doświadczenia, jak arabska restauracja, czy klub, gdzie przychodzą prości ludzie. Praca w trzygwiazdkowym klubie (tzn. w klubie niekoniecznie przy hotelu), jest dla tancerki bardzo pożyteczna. Tam można się nauczyć tego, co w Rosji nazywa się „arabizmem”. Publiczność jest tam, oczywiście, prostsza, ale i żywiej reaguje na każdy gest i ruch tancerki. Można tam zdobyć bezcenne doświadczenie i nawyki pracy z salą.

Jak się dalej ułożyła pani kariera tancerki?

Pracowałam w wielu restauracjach na Piramide street. Miałam własną orkiestrę i śpiewaka. Pokochałam Egipt (i nie tylko) całym sercem i zawsze po licznych kontraktach w Syrii, Libanie, Jordanii, Bahrajnie, Emiratach i Omanie wracałam do Kairu. Oprócz występów w klubach zapraszano mnie również jako modelkę na pokazy mody, brałam udział w fashion-show i jako tańcząca modelka. Występowałam w wielu reklamach, a także w klipach Hishama Abbasa, Mohammeda Fouada i Vardy.
Miałam bardzo dobrą orkiestrę. To była nie tylko grupa muzyków, ale i moi bracia. W Moskwie bardzo mi brakuje właśnie tego. Występ do orkiestry – to wyjątkowe doznanie. Razem z zespołem występowaliśmy na weselach w pięciogwiazdkowych hotelach – „Sheraton”, „Semiramis”, „Mena House”.

Naprawdę wszystko było takie łatwe i proste? Ani jednej łyżki dziegciu?

Minęło już kilka lat odkąd opuściłam Egipt i przeprowadziłam się do Rosji, i o wszystkich nieprzyjemnościach zapomniałam. Ale jeden wypadek dobrze pamiętam. Dosłownie prosto ze sceny zabrała mnie policja i spędziłam 4 godziny w egipskim więzieniu. Chodziło o mój strój, chociaż była to sukienka, kupiona od Kati Eshty, w której ona wiele razy występowała w Kairze. Mimo że sama zaszyłam wiele rozcięć na sukience, przyczepili się do tego, że zgodnie z przepisami rozcięcie nie powinno sięgać powyżej kolana (w mojej sukience sięgało dosłownie kilka centymetrów wyżej). Nie wykluczam, że w ten sposób próbowano się mnie pozbyć, bo byłam silną konkurencją. Ale wszystko skończyło się dobrze, moje dokumenty na pracę były w zupełnym porządku, mój menadżer mnie uwolnił, tylko sukienki było mi szkoda. Już mi jej nie oddali – spalili ją.

A zdarzały się śmieszne sytuacje?

Pewnego razu podczas występu słyszę, że ktoś z sali krzyczy moje imię – „Liina, Liina!” (to był mój pseudonim sceniczny). Człowiek wymachiwał rękami i wołał mnie. Kiedy do niego podeszłam, uradowany rzucił się do mnie ze słowami: „Lina, to przecież ja! Ja! Kucharz z Al Shamu!” Był po prostu niewypowiedzianie szczęśliwy, że spotkał mnie w Kairze.
Pamiętam jeszcze jedną zabawną sytuację. Pewnego razu tańczę w nocnym klubie, a klientów prawie nie ma. To znaczy są, ale jeden już dosłownie roztopił się jak świeczka od gorąca i alkoholu, a przed drugim na stoliku stoi tylko woda mineralna, i sądząc po nieciekawych dżinsach – nie jest bogaty. Zgodnie z zasadami powinnam pracować, póki nie przyjdzie następny artysta i mnie nie zmieni, ale jakoś się spóźniał, więc tańczyłam już dwie godziny zamiast 45 minut. Byłam śmiertelnie zmęczona… „Sawah” grali już ze 30 minut, więc dałam znak orkiestrze, żeby przeszła do finałowego punktu… orkiestra umilkła… I nagle posypał się na mnie deszcz grubych banknotów – ponad trzy tysiące funtów… Mówię orkiestrze: „Yalla ya gama” (dalej, chłopaki) i od refrenu dalej zaczynamy „Sawah”… Okazało się, że klient specjalnie czekał na koniec programu, żeby podziękować, a my znowu „Sawah”…

Co było przyczyną powrotu do Rosji? Przecież niektóre pani koleżanki mieszkają i pracują za granicą.

Tak wyszło, że w 2002 roku, po kolejnym kontrakcie, miałam w ręku sporą sumę pieniędzy i pomyślałam, że nadszedł czas postarać się o własny dom dla moich dzieci. Bardzo kocham Egipt, ale nie widziałam w tym kraju przyszłości dla swoich dzieci. Chciałam, żeby chodziły do rosyjskiej szkoły, żeby miały kontakt z babcią i krewnymi. Nie powiem, że ta decyzja była łatwa, ale cieszę się, że wróciłam do Rosji. Trudno było się przyzwyczaić do nowego życia. Na początku byłam bezużyteczna – mój egipski styl był zbyt specyficzny. Chciałabym podziękować Marii Samochodkinej i Samirze, które w tamtym momencie mnie odnalazły i pomogły mi się zaadaptować w nowej sytuacji. Życie weszło na właściwe tory, znalazłam nowych przyjaciół i pokrewne dusze. Natalia Kuzmina zdopingowała mnie do stworzenia Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego, „urodziłam” z pomocą przyjaciół „Czarodziejską Lampę” (show-projekt prezentacyjny Ligi – przyp. tłum.)… W planach Ligi jest przeprowadzanie rankingowych konkursów w całej Rosji. Rosyjski belly dance jest teraz na szczycie: zwycięstwo Iriny Popowej w Berlinie, na festiwalu tańca orientalnego, zwycięstwo Soni Sarkisjan na festiwalu Amani w Libanie, zaproszenie mnie i Aidy Hassan przez Raqię Hassan na swój festiwal jako pedagogów – to jest potwierdzenie wysokiego poziomu rozwoju belly dance w Rosji… A jeszcze dużo przed nami!!!

2006

Tłumaczenie: Miranda
Tekst oryginału:http://bellydance-liga.ru/articles/1…mazanovoj.html

Drugi wywiad z 2008 r dotyczy konkursów belly dance.

Elena Ramazanowa – prezes Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego, jedna z najsłynniejszych tancerek, uznany specjalista w dziedzinie belly dance i, bezsprzecznie, choreograf numer jeden w Rosji w zakresie folkloru i klasycznego tańca arabskiego.
O niuansach swojej pracy opowiada w wywiadzie dla solodance.ru.Shik-shak-shok” Ramazanowej tańczy cała Rosja! Czy spodziewała się Pani takiego rezultatu i czy jest Pani z niego zadowolona?

Powiem szczerze – widziałam wiele swoich „Shik-Shak-Shoków”, czasami ich nie poznawałam, ale jestem zadowolona ze swoich choreografii, kiedy wykonują je profesjonalne tancerki, a kiedy widzę parodię „Shik-shak-shok”, jest to, oczywiście, śmieszne. Ludzie po prostu uczą się tańca zupełnie go nie rozumiejąc. Jeśli nie wiesz, o czym to jest, lepiej się za to nie bierz!

Mówi się, że Pani konkursowe choreografie są potencjalnie zwycięskie. Zgadza się Pani z tym?


Nie wszyscy wygrywają z moimi choreografiami: zależy, kto tańczy, jaką muzykę dostanę – jest wiele czynników. Ale jedno jest pewne: nie pozwolę sobie na ułożenie kiepskiej choreografii. Byłoby mi wstyd!


Jak zazwyczaj wygląda Pani indywidualna praca?


Od razu widzę fakturę i temperament człowieka, mówię, jaki kostium będzie mu pasował, jaki kolor… Image jest na pierwszym miejscu, dalej – muzyka. Jeśli ta muzyka, którą ktoś mi daje, nie pasuje do niego, ale mimo wszystko strasznie się podoba, wyjaśniam, dlaczego lepiej jej nie brać. Proponuję alternatywny wariant, sama wybieram muzykę, odpowiednio ją przycinam. W ogóle jeśli ktoś jest trochę zagubiony, radzę mu kupić profesjonalną choreografię. Mamy mnóstwo dobrych pedagogów, którzy potrafią prawidłowo ułożyć taniec. Kup jedną choreografię, na niej się rozwiniesz – a dalej twórz, co dusza zapragnie!


Czym się różnią indywidualne choreografie od tych, które przygotowuje Pani na warsztaty
?

Choreografie na warsztaty są bardziej szkolne. Są bardziej zwyczajne, standardowe, nie mają przemyślanego konkretnego obrazu. Dlatego nie lubię, kiedy takie choreografie są wykorzystywane na konkursach.

Jak tworzy Pani nowy taniec?


Przede wszystkim musi mi się spodobać muzyka lub piosenka. Potem już tylko improwizuję. Mam po prostu szczęście, że urodziłam się z takim słuchem!

Jaki styl jest Pani najbliższy?

Każdy folklor! Zajmowałam się tańcami ludowymi odkąd skończyłam 6 lat, dlatego ten gatunek lubię najbardziej.


W czym uważa się Pani za znawcę?


We wszystkim i w niczym!


Co może Pani poradzić osobom, które samodzielnie przygotowują taniec na konkurs?


Trzeba rozumieć czym jest konkurs. Już w pierwszej minucie wszystko staje się jasne, ale nie należy się od razu całkowicie wykładać. Trzeba wyczuć muzykę i tak wykonać taniec, żeby zrozumiał go widz. Nie trzeba tańczyć do sędziów – my po prostu obserwujemy z boku i robimy swoje notatki. Najważniejszy jest widz. Najważniejsze jest, żeby robić to, co się lubi!

2008

Tłumaczenie: Miranda
Tekst oryginału: http://solodance.ru/2008/02/18/817

nauka tańca

zapisy

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s